Tytuł wiersza miesiąca października/2014 zdobyły tym razem trzy utwory:
Obrazy zatrzymane w kadrze , autorstwa - Dany
uśmiech z fotografii , autorstwa bodek
z tysiąca i jednej nocy, autorstwa Jan Gawarecki .



najlepszą prozę października zdobyła
proza poetycka , autorstwa Z. Antolski

Złotą Pietruchę zdobyły dwa utwory
Franciszek, autorstwa - Cristtimm
Transowy amor, autorstwa - Antonella

Zapraszamy do nowej Pietruchy w temacie Niech żyje bal


Zapraszamy na Jubileuszowy Konkurs o Kryształową Dynię

--------------------------------------------------------------



Poprzedni temat «» Następny temat
Przesunięty przez: carceris.
2011-04-09, 07:17
Osobiste spojrzenie na Honoriusza Balzaka
Autor Wiadomość
Owsianko 
Autor/ka wielce zasłużony/a


"Brązowych Pietruch": 1
"Najlepsza proza": 1
Najciekawsza publicystyka: 1
Pomógł: 1 raz
Wiek: 66
Dołączył: 14 Wrz 2010
Posty: 394
Skąd: Bydgoszcz
Wysłany: 2011-03-14, 16:21   Osobiste spojrzenie na Honoriusza Balzaka

TŁO

Wynikłe z Rewolucji 1789 r., Cesarstwa i dwukrotnego powrotu Monarchii narodowe metamorfozy sprawiły, że niektórzy niewłaściwi zostali wyniesieni do zaszczytów, a ich poprzednicy – pospadali ze swoich piedestałów.

Zamieszki są z początku buntem zrodzonym ze społecznego niezadowolenia. Kierowanym przez ludzi prawych, o czystych rękach i szlachetnych intencjach, są zrywem obywatelskiej desperacji. Rozruchy sprowokowane są bezsilnym poczuciem krzywdzących dysproporcji w podziale dóbr. Lecz gdy się rozszerzają tak, że nie można nad nim sprawować kontroli, uaktywnia się demagogiczny szlam i z kanałów wychodzi ferajna zwolenników każdej idei, której nie zależy na prawie do chleba, lecz na prawie do bezkarnej grabieży.

W opustoszałych gabinetach po zgilotynowanych tyranach, rozsiadły się nowe kukiełki z teatrzyku Historii: karierowicze, obrotni spekulanci, demagogiczni frustraci wyrośli z niebytu i żądni rozlewu cudzej krwi. Wśród konsumentów rewolucyjnych zdobyczy znaleźli się i tacy, którym było nie po drodze czy to ze zwycięzcami, czy z pokonanymi. Ponieważ ani w Monarchii, ani w jej zdeformowanym produkcie nazywanym Cesarstwem, nie czuli się po właściwej stronie barykady: czy to za Króla, czy za Republiki, wiedli życie godnych zaufania, szanowanych kanalii; było im wszystko jedno, kogo należy uwielbiać, Najjaśniejszego Marnotrawcę, Najkrwawszego Robespierre’a, czy Napoleona; z równym zapałem opowiadali się tak za potrzebą dokonywania radykalnych zmian, jak i za koniecznością powrotu do poprzedniego menueta dziejów.

Konserwatyzm i liberalizm ciągnęły ten sam wózek, lecz każde ugrupowanie pchało go w odwrotną stronę, w innym tempie i z zamiarem uzyskania odmiennych dobrodziejstw. Liberałowie, nacja spolegliwych rabusiów, ugrupowanie fanatyków ekonomicznej swawoli i prawnego rozgardiaszu, ludzie wmontowani w robienie dozwolonych kantów, zagorzali zwolennicy ekonomicznego bałaganu, opozycjoniści Monarchii, opowiadali się za literaturą klasyczną, Rojaliści natomiast, sekta spod znaku berła i wina, za literaturą dla egzaltowanych obserwatorów własnego pępka, za literaturą karmelkową, ufryzowaną z lirycznych i łzawych westchnień, ale tak jednemu, jak drugiemu obozowi, drogę w przód, czy do tyłu rozświetlała nostalgia za niezrealizowanymi tęsknotami, to felerne złudzenie każdej politycznej miotły polegające na przekonaniu, że jej nowe porządki okażą się lepsze od starych.

Ówczesna prasa, nieopierzona jeszcze, zajmowała się omijaniem prawdy o rzeczywistości, pogłoskami, supozycjami, jawnym bajdurzeniem, jakby oprócz rezonerskiego politykowania nie stać jej było na przytaczanie faktów i poruszanie się w obrębie nieomylnych informacji; pospolite ruszenie pismaków o skrajnie cynicznych poglądach, popierało mętne interesy. Przedrewolucyjny okres pozostawił w spadku prawo nieczytelne, rozwodnione przez wyraźny brak logicznej interpretacji: prawo sprzecznych paragrafów. Ignorowało ono jednostkę; państwo było heteronomiczne i policyjne - po staremu, natomiast sfraternizowany obywatel, bezradny i zagubiony - po nowemu.

Luki prawne były drożdżami legalnego cwaniactwa; brak jurystycznej obroży rozwydrzył wyznawców finansowego prymitywizmu, mnożyły się więc majątki niepewnego pochodzenia. Sądownictwo działało opieszale. Rekiny krętactwa śmiały się ze sprawiedliwości w kułak, a złodziejski plankton odsiadywał kolejną pomyłkę w wylęgarni wrednych talentów. Policja nie spełniała swoich zadań bawiąc się z łotrzykami w chowanego. Rosły zwarte szeregi ludzi takich, jak Fouche, policyjny brytan opowiadający się za każdą władzą. Dawał się we znaki upadek jakichkolwiek pozytywnych wzorców; poprzednie autorytety moralne zostały obalone, lecz ich miejsca nie zajmowały trafniejsze. Lęk przed bezprawiem spowodował zarówno wewnętrzne, jak i zewnętrzne osłabienie znaczenia państwa. Wśród ludzi, którzy pozostali w miejscu sprzed ustrojowych przemian rodziło się coraz powszechniejsze rozczarowanie nowym systemem.

To były balzakowskie realia. Określi te lata jako "panowanie arystokracji pancernych kas". A w "Jaszczurze" powie: "Wolność rodzi anarchię, anarchia wiedzie do despotyzmu, despotyzm przyprowadza znów do wolności".

*

Balzakowski świat parzy, odstręcza i frapuje. Jego opinie są pesymistyczne: świat jest kotłem, w którym pichcą się koncepty. Teraz wiemy, że nie ma, nie było i już nie będzie podobnego zjawiska; gdyby zdarzyło się zwycięstwo jego pragnień, byłby dusigroszem przemijania. Lecz niełaskawy los oszczędził go dla czytelników; talent pada pod naporem układów, a geniusz syci się przeszkodami, wchłania doczesne rafy i czyni z nich gustowne przystanie.
Jego pisarstwo znajduje się pomiędzy Szekspirami. To, co niemożliwe dla nas, dla niego staje się igraszką woli, fanaberią ducha. Jego powieści mają rozmach; nie są kameralnymi dąsami Romantyzmu, przeciwnie, zawierają duży ładunek obyczajowych scen, które do teraz stanowią żer dla epigonów jego myśli. Nazywają go Prometeuszem, sam częstokroć określa się wyrobnikiem pióra (pisze sześćdziesiąt stron na dobę), lecz niezależnie od słów, obowiązkiem geniusza jest cudotwórstwo; rzeczą ludzką jest błądzić, a jego - trafiać do ich serc.

*

Czy można mówić o nim, nie wspominając o zażartej walce Klasyków z Romantykami, nie wspominając o nowych, ożywczych, tchnących optymizmem kierunkach w literaturze, o poetycznym duchu romantycznym, jakże innym od naszego, upolitycznionego, wrzącego od niepodległościowych sporów, o wyścigu trafnych diagnoz i recept na zbawienie Ojczyzny? Czy można mówić o nim, nie dotykając jego współczesnych, milcząc o Wiktorze Hugo, George Sand, Delacroix, zaprezentować go bez powiedzenia o Walterze Scotcie, o Byronie, nie nawiązując do Lista i Beethovena, nie odnosząc się do epigońskiego malarstwa p r z e d Wielką Rewolucją, a pełnym naturalnego wigoru p o niej, o architekturze, muzyce i rzeźbie, o tych procesach i zjawiskach, z którymi się stykał, których echa widoczne są w każdej jego powieści?

Poza francuską miedzą, w 1836 roku, Gogol wystawia "Rewizora", gorzką komedię o tragicznych czasach. Ma 27 lat. A w 1842 publikuje "Martwe dusze". W 1831 roku, a zatem w roku publikacji "Jaszczura", równolatek Honoriusza, Puszkin, kończy pisanie "Eugeniusza Oniegina". Ma 32 lata. Bűchner w 1836 roku ogłasza "Woycek´a". W tym samym roku ukazuje się "Spowiedź dziecięcia wieku", dzieło Musseta. Anglia może szczycić się Dickensem i jego "Klubem Pickwicka" (1836). Goethe zawłaszcza egzaltowane dusze i po Europie rozlewa się moda na spazmy w werterowskim stylu.

Za atlantycką kałużą dogorywa Niewolnictwo. Wkrótce Wojna Secesyjna położy trupem wielu idealistów. W powietrzu wyczuwa się ideologiczną jonizację: dla człowieka nadchodzi lepszy klimat: ocieplenie dusz i ogólne zbratanie. Euforyczny Thore, Francuz, galopuje: istnieje już tylko jedna rasa i jeden naród, już tylko jedna religia i jeden symbol – ludzkość! [Thoré - Bürger Nowe kierunki w sztuce XIX wieku POLSKA AKADEMIA NAUK].

Zaczynają się polityczne exodusy: upada Powstanie Listopadowe i następują obrachunki z przeszłością. Przychodzi czas na wylewanie krokodylich łez i zewsząd słychać tupot rozwścieczonych motyli w konfederatkach. Mickiewicz w Paryżu, dokąd zaniosły go krajowe klęski, pisze "Pana Tadeusza", Chopin nie daje się namówić na skomponowanie Narodowej Opery, a Norwid gaśnie w przytułku. Mistyk, umysłowy chudziak i diaboliczny maestro, Mąż Opatrznościowy - Towiański, z kropidłem w ręku zamiast serca na dłoni, spieszy z Litwy na mesjanistycznej miotle do Pana Adama, by mu ratować z obłędu żonę, Celinę Szymanowską, by, ludzi tej miary, co Słowacki, owinąć wokół swojego charyzmatycznego palca.

To również Francja, lecz Francja nie Balzaka: Balzak jest frankofilem.

MUZA

Początki: nie ma swojej Celesty opisującej mu wielkopańskie narowy, chusteczki, trykoty, okulary kupowane na tuziny, pompatyczne, zamówione do domu kwartety, wiernej Celesty - sekretarki, powiernika najskrytszych tajemnic, lojalnego Cerbera i osobistego bramkarza, kobiety kochającej Prousta jak własne dziecko; w zamian jest z nim pani Laura de Berny.

To pierwszy i długotrwały związek Honoriusza. Z kobietą o wieku sentymentalnym i zaprzeszłym; dla innych, lecz nie dla niego. Dla niego był to związek zmysłowy, najpierw fizyczny, a w późniejszej fazie - tylko duchowy, wyłącznie przyjacielski, zwykle jednak nacechowany obustronną wyrozumiałością i wzajemną rewerencją; związek ascezy i zgody na nienasycenie. Kiedy spotykają się, Balzak ma 22 lata, Laura - 45. Początek znajomości nie jest zachęcający. Zanim ulegnie płomiennym namowom Honoriusza, minie rok. Ma obiekcje, waha się: wprawdzie mógłby być jej synem (niekiedy jest irytującym dzieciuchem), ale na jego korzyść przemawia niepospolita imaginacja i przebłyski talentu.

Maniery Honoriusza pozostawiają wiele do życzenia. Jeszcze nie potrafi językowo pełzać, a już chce być sławnym literatem. Pisze niezgułowate powiastki, ckliwe ramoty, tandetne, schematyczne, bez polotu, nieprawdopodobne, naszpikowane korsarzami, nierealną interwencją sił wszechmocnych, nieczystych i pokątnych, pełne przesłodzonej febry - stylistycznej czkawki, roztrzęsionych westchnień, epistoły fabrykowane na obstalunek wydawcy i pod niewybredny smak publiki; tworzy fabularne prefabrykaty: niby w historycznym kostiumiku, niby w żabotach z epoki, ale gdy nadziewa się na problem, który przekracza wąskie gardło jego wiedzy, omija go i na brzegu swoich wypocin umieszcza niefrasobliwą adnotację, że błędy, które popełnił, są zamierzone, celowe, przemyślane. Co prawda pisze pod pseudonimem, ale nie są to utwory dojrzałe, ostateczne, skończone; wymagają dopracowania, nadania im indywidualnych rysów, tych cech, których w nich brak, oryginalności, niepowtarzalności, lecz kto, jak nie ona, mogłaby stać się jego nauczycielką, wychowawczynią, mentorką, przewodniczką po ogładzie, po dobrym smaku?

Jest bezkrytyczny w stosunku do swoich umiejętności, lecz jakie to wdzięczne zadanie dla kobiety, wywierać wpływ na najdroższego, być Muzą Geniusza, zrobić z Zapowiedzi Wielkiego Człowieka – niepowierzchowną doskonałość? I po roku następuje to, co mogło już od roku trwać. A po czterech - nie widzi za nim świata.

Laura jest odtąd lepszą częścią jego duszy, przy niej odpoczywa, z nią dzieli się myślami, obawami, rozterkami, roztacza plany, zwierza się jej i jej się powierza bez reszty. Przy niej może być sobą; bezpieczny, wyzwolony od udręk. Jest nadworną recenzentką trawiących go płomieni; zna go jak nikt. Uczy go; rozwija w nim niesprecyzowane, uśpione jeszcze sposoby widzenia i syntetycznego oceniania świata, odsiewania jego nie wybrakowanych wartości, od wartości sezonowo cennych i przejściowo słusznych, znaczeń uzależnionych nie od zwyczajnej prawdy, ale od powszechnie przyjętych i dopuszczalnie trafnych zapatrywań na nią. Pani de Berny, Laura, wypali swoje piętno na "Komedii Ludzkiej". Jak siostra i jedna z jego kochanek, w odróżnieniu od nich, nazywana z łacińska Dilectą, jest charakterologiczną odwrotnością mroźnej kokietki - Eweliny Hańskiej.

WIANO

Samouk o prawniczym wykształceniu, amator słodkich winogron, jest nasączony cechami matki, surowej, oschłej, wyniosłej kukułki, apodyktycznej i wymagającej dla siebie szacunku, sfrustrowanej zwolenniczki "bezpłciowego macierzyństwa". Aż do śmierci będzie mu towarzyszył upiorny widok zgorzkniałej dewotki przygniecionej bezsensowną szamotaniną z losem i walczącej z urojeniami wewnętrznych rozdarć. Odziedziczy po niej apetyt na miłość i bałamutne tłumaczenia własnych zrządzeń losu.

Po ojcu zaś otrzyma - gruszki na wierzbie i furiackie zamiłowanie do rojeń branych na serio. Honoriusz jest zainfekowany sceptycyzmem ojca, wolnomyśliciela i grafomana pospołu, nieskazitelnego ignoranta z pretensjami do błyskotliwości, samozwańczego dydaktyka, demagogicznego szkoleniowca dla naiwnych, spryciarza kropiącego socjalno - prawne memoriały, pompatyczne brednie, uzdrowicielskie orędzia przystrojone truizmami, inwokacje wymierzone w ogół, czyli w nikogo, wydającego płytkie moralitety, pretensjonalne zakalce adresowane do człowieka z dętologiczną wiedzą.

Ojciec pisarza, nieprzejednany admirator Woltera, pochodzi z zapadłych stron. Własnym przemysłem i opętańczą pracowitością szybko awansuje, wygryza się z łapci wiejskiego szaraka i wyrasta na wojskową, grubą rybę; zostaje Dyrektorem aprowizacji, uchodzi za masona, jest krzykliwą reklamą brukowego sukcesu. To za Cesarza. Za króla zaś jest łznowu na właściwym wozie: doradcą ministra. Awans społeczny uderza mu do głowy, a że przejawia skłonności do brania bajek za fakty, dochodzi do przekonania, iż jego rodowód jest co najmniej szlachecki: z heraldyczną kokardką w reprezentacyjnej postaci "de".

Przykład jego kariery jest zaraźliwy dla rodziny, którą zakłada wkrótce, dla rodziny utrzymywanej z mętnej wody bonapartyzmu. Odtąd naczelną dewizą Balzaków jest powiedzenie: "rzeczy nieosiągalnych nie ma", bo dla chcącego, nic trudnego, geniuszem może być pierwszy lepszy z ulicy, byle by miał w sobie ikrę, niezłomność w dążeniu do celu i dziarską ochotę do pokonywania losowych tam, byle by zachowywał równowagę pomiędzy fizycznym, a psychicznym stanem zdrowia, dysponował żwawym umysłem i miał smykałkę do niefrasobliwego, gdyż są to nieodzowne warunki osiągnięcia sławy, pozycji, majątku.

W spadku po tej niezrównoważonej rodzince, Honoriusz dostaje Bibliotekę Prac Wielorakich, istną kolekcję Arcydzieł Z Przeceny, pokaźny zlepek cegieł niezbędnych i efemerycznych, mądrych po ludzku i mądrych na niby. Literacki galimatias wprowadza w chłonny umysł Honoriusza odkrywczy, niespokojny zamęt powodujący, że ma ochotę na indywidualne opracowanie tego, co przeczytał i przetrawłi. Myśli więc o stworzeniu jednolitego systemu godzącego, logicznie wyjaśniającego sprzeczności zawarte w przeczytanych książkach.

Przekleństwo nauki wyrywkowej, nieuporządkowanej, nauki mającej sto arbitralnych odpowiedzi na jedno źle sformułowane pytanie, nauki nieogarniętej od początku do końca, zaowocuje dygresjami poutykanymi w szpary jego powieści, ezopowymi dywagacjami, wstawkami popychającymi fabułę w zamierzonym kierunku. Ale bez nich Balzak - jasnowidz, byłby ślepcem. One to dowodzą potęgi jego umysłu, to za ich pośrednictwem jest wielki, nieszablonowy, nie dający się wtłoczyć w jednoznaczną definicję.

PRZYMIARKA

Z rodzinnych narad i optymistycznych kalkulacji wynika, że Honoriusz jest najbardziej obiecującym kandydatem do odbioru nagrody imienia Złotego Cielca, jedzie więc do Paryża po literacką sławę. Wkrótce czar pryska: pora mu do żmudnej, codziennej, niewdzięcznej roboty, do historycznego wypracowania mozolnie dzierganego wierszem, do dramatu pod zuchowatym wezwaniem "Cromwell". Pisze go uskrzydlony determinacją, ponaglany nadzieją potwierdzoną mizernym rezultatem.

Właściwie nie tyle go pisze, co kalikuje, wymęcza go z siebie, beztrosko zżyna z Mistrzów Uznanych i Tytanicznych, podwędza im poszczególne pomysły i dramatyczne rozwiązania, kosmetycznie syntetyzuje i ma za swoje. Grube fastrygi są aż nadto widoczne i nawet ci, którzy o twórczości nie mają bladego pojęcia, oceniają poemat Balzaka jako nieszczególny. Jednoznaczna opinia o tym arcydziele nudy, nie załamuje Honoriusza; zadufanym okiem wyobraźni dostrzega dla siebie szansę w powieści, ale... do "Jaszczura" droga daleka...

Pragnie zmienić się, lecz nie wie, jak. Jeszcze. Przeraża go to, co jest, ale nie wie, czy zła aktualnego, nie zastąpi gorszym. Robi dalekosiężne plany. Chce się wynieść ponad poziomy. Świat, który ma zamiar zawojować swoim pisaniem, jednym oferuje nadzieję, innym pokazuje język; jedni są okrzyknięci za urodzonych w czepku, są przeznaczeni do piastowania, zasiadania i dzierżenia, a inni są ich majordomusami urodzonymi we frygijskiej czapce; Fortuna nie patrzy, kogo, za co i czym obdarza... Chyba, że ten ktoś nazywa się Balzak.

CIERPLIWOŚĆ I WYCZEKIWANIE

"Ludwik Lambert", to jego curriculum vitae. Przerażający to portret: jako Pomocnik Kowala d/s Ludzkiego Losu, bytuje w glorii swoich dzieł, natomiast w świecie burym, niedopasowanym do marzeń, porusza się ostrożnie, bez wdzięku. Nie jest twórcą lekceważonym, oryginalnym przez grzeczność, pisarzem, który żyje w nędzy niezrozumienia, lub w bagnie złych interpretacji. Godzi się z tym, że jego utwory są pojmowane nie do końca, częściowo, tylko w miejscach wartko toczącej się fabułki, tam, gdzie czytelnik jego prozy może rozpoznać się i utożsamić z bohaterem. Lecz kiedy zaczyna stawiać hipotezy i przyjmować ryzykowne założenia, gdy puszcza się na hazard marudnych deliberacji, kiedy podejmuje się budowy własnych systematów, gdy wdaje się w przewidywanie przyczyn degradacji obyczajowych i zabiera się za wyznaczanie przyszłego kierunku społecznego rozwoju, utwory jego nie trafiają do powszechnej świadomości odbiorców.

Jednak nie ma o to pretensji. Rozumie, że taka jest kolej rzeczy. Nie ma żalu o to, że tyle czasu zajmuje im rozpoznanie najczystszego talentu. Na ten temat ma pocieszającą teorię: uważa, iż utwory chybione, przelotnie dobre i z gruntu nietrwałe, są skazane na zapomnienie. Toteż społeczeństwo traktuje je z przymrużeniem oka. Pozwala im figlować w zbiorowej świadomości tylko przez chwilę, do czasu powstania następnej, rewelacyjnej lichoty, natomiast od dzieł poważnych, odpornych na blichtr i nieprzemijających, ludzie wymagają więcej, ponieważ jeśli mają one rozmnożyć ich dorobek, muszą być bez skaz; dlatego ich uznanie tak długo trwa.

STRACONE ZŁUDZENIA

Paryska wycieczka Lucjana Chardon de Rubempré, (bohatera powieści „Wielki człowiek z prowincji w Paryżu”), jest podróżą Balzaka. W odróżnieniu od Lucjana, Honoriusz nie należał do psychicznych ułomków. Balzak jest Lucjanem, lecz nie ze względu na brzoskwiniową urodę i minimalny talent, ale - z uwagi na nadzieję związaną z Paryżem.

Z łatwością można było zaspokoić pretensje do wzniosłego samopoczucia. Starczyło robić dobre wrażenie, mieć okolicznościowy, myślący wzrok polakierowany przenikliwością, odprasowany przyodziewek, głowę w niebytach, zaświatach i mgle, bywać w salonie, w którym, na stanowisku Wyroczni i Bezdyskusyjnej Muzy, zasiadała czcigodna pani Maria Luiza Anais de Bargeton z domu de Negrepelisse. Wystarczyło tylko konwulsyjnie trzymać się jej łapki, wnikliwie wzdychać do jej zwiotczałych wdzięków, mieć omdlałą minę podczas czytania wierszy o sielskim życiu usłanym sonetami ze stokrotek, być w niej od stóp do głów nieszczęśliwie zakochanym.

W zacisznym grajdole Francji, w zapyziałej mieścinie Angoulěme, tak. Natomiast w Paryżu – nie. Dla Lucjana, Wieszcza z Nizin, Wielkiego Nieudacznika z Prowincji, Pierwszego Wybitnego Wśród Miernych, należącego do kategorii ludzi słabych a chciwych, o miłym sercu, lecz nikczemnym charakterze, synka pigularza, Lucjana Chardon, rozpieszczonego przez matkę i siostrę, poety nadaremnie pchającego się na herbowe pokoje z lokajami, wyprawa ta była zapowiedzią gruntownych zmian streszczających się w słowie „nareszcie”. Nareszcie zostanie zauważona jego wielkość, wreszcie znajdzie się na dobrze urodzonym miejscu i jego zdolności zostaną docenione zgodnie z ich rozmiarem.

Lecz w mieście stołecznym, w skupisku wielokrotnie przewyższającym zaściankowe śmiesznostki, wśród dywizjonów elokwentnych pieczeniarzy, wpisowe za zadawanie szyku stawało się zbyt wysokie dla ludzi pokroju Lucjana; ginęli zagryzieni przez tłum sobie podobnych, a tęsknota za powodzeniem umniejszała ich niedawne skrupuły, stawała się nawykiem (w szczerej rozmowie z Lucjanem Chardon, Stefan Lusteau, dziennikarzyna z gatunku sprzedajnych z rozsądku, wyznaje: "sumienie, mój drogi, to kij, który każdy bierze, aby nim grzmocić sąsiada, ale którym nigdy nie posługuje się dla siebie").

Życie finansowo skromne i oszczędne, prowadzone na cynowej zastawie, zamiast na porcelanowych talerzach, wymagało poświęceń, kompromisów, ustępstw, powolnego, lecz nieuchronnego wycofywania się z marzeń o sławie , rezygnacji z poprzednio wyznawanych ideałów, tak prowadzone życie nie sprzyjało wątłym naturom: rzucone na głęboką wodę paryskiego bajora, nie były w stanie utrzymać się na jego powierzchni, a co dopiero płynąć pod prąd.

*

Paryż, sierociniec szczęśliwości, podziemna oranżeria złudzeń, okazał się lęgowiskiem sceptycznych poglądów. Napuszony klimat spleciony z chłodnym rejestrowaniem ludzkich zachowań, uzależniony od miejsca rozgrywanej akcji, od ich smaku i obyczajów narzuconych przez egzystencję, wyznaczał ludziom dualistyczną rolę w społeczeństwie. Na wstępie, zanim nauczyli się redukować swoje potrzeby i zachcianki, nim zadowolili się lada ustronną kanciapą, tudzież skromnym jedzeniem za Bóg zapłać, nieraz przyszło im złorzeczyć na topniejące zapasy wiktuałów przywiezionych z domu i żałować nazbyt pochopnej decyzji o podboju stolicy.

Zasiedziali wyżeracze paryscy wykorzystywali naiwność tych natur, starając się wycisnąć z nich wszystkie pozostałe soki uczciwości i obrócić je na swój pożytek: wiedzieli, że głodny, obdarty, zaniedbany przybysz z dalekiego departamentu prędzej zgodzi się na niezaszczytne porozumienie i szybciej zawrze pakt z szatanem, aniżeli - syty. W ten sposób rozmnażały się kadry szubrawców o gołębim sercu: duchowi zdechlacy godzili się na paradowanie w obroży z luksusowych mrzonek, stawali się moralnymi brzuchomówcami, wtykali własne zapatrywania do pustej kieszeni i tracili energię na rozsiewanie dwulicowych uśmiechów, a ich obecny rozum dostosowany był do aktualnej akceptacji otoczenia.

*

Lucjan, podobnie jak Balzak, jest człowiekiem o dyskusyjnym szlachectwie. Jak Balzak, ma nieprzyjemność zaznajomienia się z dziennikarskimi kurtyzanami. Jak Balzak, samotny i nieznany, gnieździ się w obskurnym i nieprzytulnym pokoiku, jada w knajpie u Flicoteaux’a i odkrywa, że w świecie, wcale nie tak uduchowionym, jak sądził, w salonach, buduarach i garsonierach, do których nie może się dostać, w obszarach naznaczonych stygmatem przekręconych intencji i fałszywych luster, w wyśnionym Paryżu, tym kamiennym rezerwacie szczęśliwości dla cwaniaków, miejscu pojedynków na szyderstwa, imputacje i kpiny, rządzą te same prawa co tam, skąd uciekł. Stwierdza więc, że nie ma różnicy między zaściankiem z umysłowej nędzy, a szykowną nędzą wielkomiejskich umysłów, gdyż miejsca te dzieli tylko skala, proporcja.

Tak Honoriusz, jak i Lucjan, nieświadomi czekających zagrożeń, przybywali tu razem z tysiącami innych myśląc, że są jedynymi, których spotka kariera, jedynymi wybranymi w tym ludzkim zlewisku dążeń, podczas gdy już wkrótce przekonać się mieli, że stworzyli sobie nieistniejący obraz świata, w którym nie ma miejsca na sławę i zaszczyty poparte umiejętnościami, a o człowieku świadczy nie zawartość mózgu, ale pozerstwo, emblemat, nazwisko. O tym, kim się jest i co się sobą rzeczywiście przedstawia, decyduje zawartość sakiewki: można być pokazowym bałwanem, byleby się miało odpowiednie apanaże, koneksje i lada jakie szlachectwo. Niestrudzony marzyciel, Honoriusz, koneksje miał bajecznie złe, a szlachectwo - doszczętnie wątpliwe, pozostawała mu więc tylko harówka; tworzy powieść podszytą biografią, powieść o roztrwonionych umiejętnościach i wyśrubowanych nadziejach; historię upiększoną o miłosny wątek Lucjana przyczepionego do smętnej Koralii.

RZECZYWISTE ILUZJE HONORIUSZA BALZAKA

Jego prywatny, domowy rynsztunek, to habit, strój przywdziewany do przymusowej, regularnej, rzemieślniczej pracy, codzienny ubiór służący skupieniu nad tworzonym tekstem. Kiedy pojawia się wśród innych pisarzy, w oczach ma iskierki rozbawienia. Rozluźniony i oswobodzony z nadmiaru wrażeń, odpoczywa od poważnego myślenia. Gada byle co i byle jak, bez sensu, nierzadko - logiki. Nie musi udawać wielkiego człowieka. Ma świadomość swojej wartości, może więc, podobnie jak bohater jednego z dzieł „Komedii Ludzkiej”, Jakub Collin, powiedzieć: „… nie uważam się za wielkiego człowieka! JESTEM NIM!” Natomiast gdy pozostaje sam, odizolowany od pustej gadaniny, w nocy i ciszy, zanurzony w rękopisach, z dala od rejwachu przyjaciół, okiem wytęsknionej wyobraźni dostrzega bezkresne, równinne połacie zbóż: kolorowe stepy zagadkowej Ukrainy. Widzi i wspomina, że był tam osobistością szanowaną i podziwianą, kimś ważnym, otoczonym miłością, ale ważnym tylko dla siebie.

Dla ludzi, u których gościł, a więc hrabiego Hańskiego i jego żony, Eweliny, uchodził za ciekawostkę, rozrywkowe urozmaicenie nudnej egzystencji. Tak hrabia Hański, jak i Ewelina, odnoszą się do Honoriusza z dobrze zamaskowanym, dumnym lekceważeniem: mają go za ekstrawaganckie stworzenie o artystycznych nawykach, urozmaicenie monotonnego krajobrazu, jest dla nich mglistym pojęciem obrosłym w „zajmujące” powieści. Ich opinie na temat twórczości Balzaka są powierzchowne, lecz zgodne z modą. Przyjmują go w swoich włościach, bo miło nosić popularny breloczek. Nie jest przecież dobrze urodzonym; wszak to tylko pisarzyna z kałamarzem w herbie!

Odległy, lecz dobrze znany głos Eweliny Hańskiej jest z nim blisko, on zaś, złakniony zakazanej, arystokratycznej miłości, wierzy mu lub nie, ucieka w morderczą pracę nad swoimi literackimi tekstami, szuka ukojenia i podniety zarazem - w kawie, gdyż czuje za dużo, by odpisać za mało; przeżycia, to zadry, trwałe rany uwidocznione postępowaniem. W kameralnej, ascetycznej scenerii biurka, gęsiego pióra, inkaustu i wymiany korespondencji z Eweliną, wspomina nieczęste chwile spędzone razem.

*

Kochał nie ją, lecz naiwną teorię na temat miłości, swoje zamglone wyobrażenie, namiastkę tęsknoty za uczuciem. Jest stały w swojej niewierności, a jego świat okraszony jest niezmożoną ilością miłosnych pomyłek. Za, przed i po Rewolucji, Wielkiej, czy Lipcowej, miłość była towarem deficytowym, abstrakcyjnym, iluzorycznym i być może z tego powodu nieosiągalnym dla niego, bo pięknym i sztucznym jak próchno udające kwiat.

Dla Balzaka Miłość Prawdziwa istnieje tylko między bajkami. Prawdziwa, nie jest jednostronna, lecz wzajemna. Zraniona, odepchnięta, wystawiona na pośmiewisko, bywa karykaturą upragnionej, przemianą w swoją odwrotność. Miłość w potocznym rozumieniu, to ślepa gra niewidomych namiętności i schodek do kariery: parostwa, czy perfumerii. Wyrachowana zamiana społecznej pozycji. Przesiadka z trotuaru do powozu, z jaskółki do loży, z całowania pańskiej klamki do bycia jej właścicielem. To rzekomy interes; rzut w niepewne, skok w złudzenia, brawurowy cwał żarliwości połączony z człapiącą agonią uczuć.

Czysta, gorąca, wzajemna, w otaczającym świecie występowała incydentalnie. Tak rzadko, że niejako wcale. To wyścig do majątku; z kotem w worku na głowie. Miłość, to kochanka w powozie i Rotszyld w liberii na koźle. Albo bezpardonowa walka na podstępy, intrygi, wzajemne bijatyki i poszturchiwania. Utwory jego nadal są aktualne, jak usposobienia malowanych przez niego kobiet. Listownie go uwielbiają, utwierdzają w przekonaniu, że je zna, a on, podekscytowany i szczęśliwy bez reszty, wodzi zmęczonym wzrokiem za byle suknią.

W odwet za ziemskie porażki narzuca czytelnikom własne obrazy kobiet, potworków wyssanych z autopsji i awanturniczych dykteryjek, przenosi je na papier, a pisząc o nich ze swadą, wtłacza w powieści rozliczne ambasadorki mętnych spraw, jawnogrzesznice o gdaczącym rozumku, megiery paplające wytresowane, głodne kawałki, wyrzucające z siebie oficjalne biuletyny o rotacyjnych nastrojach, płodzi misterne, zniewalające, rozkoszne Drętwy („Blaski i nędze kurtyzany”) , które kochają za krótko, za żarliwie i za bezinteresownie, by były prawdziwe, które są poślubione śmierci, skazane na grzech, występek, zbrodnię, tworzy pięknotki zdarzające się w snach, wojownicze insekty przywleczone z najgorszych koszmarów, chciwe na uwielbienie, cwane kręgosłupy swoich galeretowatych mężów, kochanków i absztyfikantów, kobiety - anielice, kobiety - muszki, kobiety - gnidy i kobiety - klęczniki, które stroją przed audytorium kontrolowane fochy, mają niszczące wymagania, posługują się myślami pasującymi do koafiury.

Opisuje przechery, posępne matrony, żylaste szkapy, kute na cztery nogi, przeżarte cynizmem, sprężyste w gadce, pyskate, gderliwe babsztyle udające ciotki Jakuba Collin, „Azje” i „Europy” („Po czemu miłość wypada starcom”), których jedynym zajęciem jest sprawianie sobie przyjemności, które tolerują mężczyzn tak, jak znosi się cudze zwyrodnienia, bawią się nimi, jak kot bawi się strachem z myszy; zawsze pod bronią, skoncentrowane na sobie, demonstracyjnie tkliwe i przeważnie bezgrzeszne. Mężczyzna nie ma u nich szans, jeżeli jest karmiony szpakami, jeżeli ma niedochodowe przywary lub ubogich krewnych. Staje się interesujący i powabny, kiedy można go zeszmacić, oskubać i wypchać, gdy za głośno nie narzeka na niecny los jelenia.

*

Balzak, jako erotyczny turysta, jako amant od wielkiego dzwonu, cierpliwie dojeżdżający do humorzastych wdzięków Eweliny, ma bezsporną zaletę: jest za daleko. Otrzymywanie od niego listów bawi ją, zaspokaja próżność. Jej altruizm podszyty jest egoistycznymi względami; przestrzeń dzieląca ją od pisarza jest ratunkiem przed opinią doktrynerskiej ławicy krewniaków troszczących się o jej morale, o niedeptanie Carowi po imperialnych odciskach, o nie niszczenie mu jego łaskawej wrogości do Polaków, o utrzymanie złudzeń po [niegdyś] bezwstydnie pokaźnym bogactwie. Obawia się w nim inteligentnego szaleńca, rozrzutnego pisarza po uszy zanurzonego w długi, nieobliczalnego geniusza wstrząsanego chroniczną iluzją pragnienia wyjścia na prostą. Pruderyjna sensatka i zrzędliwa syrena jednocześnie, myśli o nim z ostrożną tkliwością rozkapryszonej "skąpicy" [listy Balzaka do Hańskiej]. Z wielkiego wszędzie i nigdzie, z domu wypełnionego dobrobytem, dokonuje mu małostkowych ocen postępowania, zwodzi go obietnicami rychłego małżeństwa, jednocześnie trzyma go na smyczy z dobrych rad i piłuje bezustannymi apelami o zachowanie rozsądku, i trzyma na dystans: z dala od swoich peniuarów.

Bez większego uszczerbku mogłaby zlikwidować jego finansowe zobowiązania, lecz wie, że metoda skrócenia mu trosk obróciłaby się przeciwko niej, przyspieszyłaby się bowiem chwila legalnego związku z niepoprawnym utracjuszem, no i moment, gdyby, jako mąż, zaczął puszczać się na swoje bankructwa. Do tego warto by zadać sobie czysto retoryczne pytanie: czy pisałby bez bata niepewności? Zwleka więc z podjęciem decyzji o małżeństwie do chwili, gdy upragniony mariaż staje się dla niego spóźnioną rekompensatą twórczej niemocy, gdy może być tylko bezwładnym kibicem własnego szczęścia, daremnym obserwatorem spełnionych rojeń [na kilka miesięcy przed zgonem, dochodzi do ślubu (1850, Berdyczów), na który czekał kilkanaście lat].

*

Kiedy Ewa nie odzywa się przez tygodnie, Honoriusz nie tworzy. Wyfruwają z niego dobre pomysły, nie ma w mózgowej przechowalni odpowiednich słów, słów też więc zapomina co i rusz, mało co mu się klei, a wszystko wydaje mu się nie takie, jak planował, niezręczne, wydumane, dęte, nadęte i pokraczne; niepokoi go, mąci mu resztkę optymizmu cała ta sarabanda z oczekiwaniem, te miłosne zgrzyty i niepotrzebne korowody. Ale gdy na widnokręgu pojawia się lekarstwo, list, oficjalny znak pamięci, życie powraca do ustabilizowanych rytmów, słońce świeci znowu, deszcz nie pada tak ciągle, a czarne oceny świata zabarwiają się na zielono; potrzeba nieustannej adoracji, to silny narkotyk. Kiedy słucha jej cierpkich pouczeń, gdy otrzymuje skwaszoną przesyłkę z Rosji, stwierdza, że kochanka jest nieznośną formalistką, gdyż odpowiada na jego serenady stylem obrachunkowym, pełnym liczb, kwot i utyskiwań, stylem kaznodziejskim i odcedzonym z miłości. Dostrzega, że Ewelina przedstawia się na tle rodziny, pogrążona w oceanie sprzeczek, napięć i animozji z pociotkami.

W takich momentach powinien ją uspokoić, pocieszyć, ujrzeć w niej biedną, uciśnioną, słabą i przez nikogo nie rozumianą kobiecinę, prawie rezydentkę we własnym domu, zrozumieć, że jego zmartwienia są bagatelne, nieważne, przejściowe, więc posłusznie i zgodnie z jej intencjami zmienia je w bagatelki, odwraca kota ogonem i blaguje, i baja i wlewa jej do serca hektolitry otuchy: pociesza ją pisząc, że nie jest tak źle, bywało gorzej, lecz wychodzili z tarapatów, bo mieli siebie, mogli na sobie polegać, drogę rozjaśniało im kochanie, przecież nikt jej nie wypędza na tułaczkę w mróz, a czy perspektywa życia razem z nim, to dla niej nic? Mimochodem nadmienia, że w imię tej umykającej, lecz niezmordowanej wizji, pracuje ponad ludzkie wyobrażenia. Już wkrótce przyjdą pieniężne efekty i sława stanie się podstawą jego bogactwa, a jej dumy. Tłumaczy jej, że zbrodnią wobec własnych nadziei, jest poprzestać na nich; nie robiąc nic, żyć w przeświadczeniu, że się je zaspokoiło, uprawiać wegetację lalusia wiodącego odświętny styl życia, fircyka przytulonego do boku złotodajnej kochanki, tłumaczy, że nie potrafi skazać się na taką rolę w jej życiu. I wierzy w to, co pisze. Rozpływa się w swoim rozbuchanym kłusowaniu po korespondencyjnych całuskach na dobranoc, a magiczne słowo „wkrótce”, zaciera w nim ponure, złowieszcze słowo „nigdy”.

*

Chciał być jej wilkiem; uznanym przez świat i zalegalizowanym przez Kościół; wilkiem - przywódcą rozwojowego, jeszcze dwuosobowego stada, ale już powiększonego o przypuszczalnego następcę, o nowe wcielenie rodu Balzaków, Wiktora Honoriusza, kontynuatora nieistniejącej tradycji literackich infantów. Lecz głównie chciał być uważany za wilka oszczędnego, roztropnego i rozważnego, za władcę jednoosobowego haremu, kierownika magazynu intymnych uciech - wypłacalnego i niezawodnego, jakim zresztą widział się w trakcie pisania. Z tym "oszczędnym zamiarem" buduje dla niej „Istny Pałac”, reprezentacyjną norę godną kupionej komody Marii Medycejskiej, ziemiankę ociekającą komfortem, fabrykę beczek bez dna, kosztów za bezcen i pobożnych życzeń na niski procent.

Pałac w środku, ruina na wierzchu: obraz ten do złudzenia przypomina Balzaka po ślubie.

*

Na wieść, że za jego sprawą Ewelina znajduje się w stanie odmiennym, szaleje z dumy, czuje się odpowiedzialny za smarkaczowski los przyszłego dziedzica powieściopisarskich splendorów. Honoriusz Wiktor dodaje mu sił, rozpala gęstniejącą krew, pobudza wenę, uaktywnia mrzonki: "Blaski i nędze życia kurtyzany" pisze przez 9 lat (1838 - 1847), ale kolejne arcydzieło, "Kuzynkę Bietkę" (1846) - w dwa miesiące. Jest rok 1847, gdy nadzieje związane z dzieckiem rozpadają się razem z jego przedwczesnymi narodzinami: Ewelina zostaje matką wspomnień po szczęściu, a Honoriusz ból i żal zagłusza syzyfową pracą.

EPILOG

Najgorszą z wad jest nie mieć żadnej
Honoriusz Balzak „Bal w Sceaux”

Balzak poznaje w Paryżu mechanizmy preparowania wiadomości: tworzenia prawdy z fikcji; fabrykowania niezbitych dowodów z mętnych przypuszczeń. Poznaje prześmiewczą sforę usługowych mędrców, uczonych dyletantów o gibkich światopoglądach, hordę recenzentów gnojących arcydzieła, a wynoszących pod niebo fabularną tandetę, frazesowych erudytów piszących dla chleba, dla utrzymania się w dziennikarskim zaprzęgu, ze świętym oburzeniem donoszących o wyczynach Króla, by, obsmarowawszy go w jednym szmatławcu, te same postępki pochwalić w innym, równie przekupnym, lecz należącym do przeciwnego stronnictwa.

Dyktatorzy giełdy w rodzaju barona de Nucingen, Ponsy i Bietki z kolekcji ubogich krewnych, to żyjące wśród nas typy, typy przecież nie wolne od wad, słabostek, ciągotek. Jest mu wśród nich lepiej, niż zwykłym śmiertelnikom, ponieważ są uzasadnieniem jego kompleksów i pechów. Świat, w którym Balzak tkwi, rządzony jest przez namiętności.

Proste, niemal prymitywne otoczenie codziennych spostrzeżeń, przepuszcza przez filtr swoich przeżyć i doświadczeń. Stworzeni przez niego bohaterowie ugarnirowani są zgodnie z przeznaczeniem, istnieją tam, gdzie ich zasieje. Albo mają rachityczną psychikę, jak Lucjan Chardon („Stracone złudzenia”), albo jak Vautrine, pozują na ludzi czynu („Po czemu miłość wypada starcom”) lub są niczym d`Arthez: uosabiają pisarską pracowitość, sumienność i odpowiedzialność, czyli są życzeniowym autoportretem Balzaka. Są postaciami pochodzącymi z jego snów o zawrotnej karierze i nieprzeciętnym bogactwie. Służą mu do życia w rzeczywistej iluzji. Jednakże to jego świat, kraina wydarzeń znanych osobiście, pejzaż dramatycznych aren przetransponowany na prozę "Ludzkiej Komedii"; panoptikum nieprzerwanych obsesji, szelmowska kraina Pana Mamony, w której "gardzi się człowiekiem, nie gardzi się jego pieniędzmi" [„Stracone złudzenia”], to dżungla synekur i niezapłaconych długów, społeczny przekrój stronnictw, obyczajów, historii wyssanych z życia.

Przedstawia panoramę rejentów, galerię konfidentów z "personelu" Corentina, wzorzysty dywan utkany z handlarzy cudzym losem, barwną krainę wytartych wiarusów Cesarstwa („Pułkownik Chabert”), prezentuje mnóstwo spadków („ Kuzyn Pons”), rent, procentów od sta i chudych łajdaków zastępowanych grubymi fałszywcami (”Baron Nucingen”), mrowie bezustannych krucjat przeciwko frajerom („Kuratela”), to wymarzona, lecz odrealniona jaskinia „dudków” z Biesiady („Blaski i nędze życia kurtyzany”), studium infantylnej miłości Estery („Stracone złudzenia”), ślicznej aktorki odizolowanej od autentycznego życia, to enklawa niezrealizowanych obietnic pułkownika Chabert, emerytowanego rębajły, Stefana Lousteau, dziennikarzyny z gatunku sprzedajnych z rozsądku, Magusa, Gobseca, Samamona, Grandeta, to przygnębiający lunapark uczuciowych niemowlaków niezdolnych do użerania się z własnym przeznaczeniem; jak mówi ojciec Eugenii Grandet, "życie, to interes".

Alegorie, najeżone trudnościami opisy, nadmierne i często nieuzasadnione odwoływanie się do cudowności, niebiańskości, anielskiej ingerencji ponadnaturalnych sił, te natrętne elementy narracyjne, skłonności do emfazy, charakteryzowały jego epokę, nas jednak, przywykłych do powściągliwego wyrażania uczuć, pilnych i akuratnych strażników językowych reguł, stosowane przez niego wtręty - irytują.

Choć te dysproporcje mogą razić purystyczne ucho (i raziły poprawnych literatów ze świata Balzaka), bohater jego, oceniany teraz, po latach, nie jest pojedynczą figurką, ale - charakterologiczną generalizacją: skupia w sobie wszystkie znane i antycypowane cechy, które charakteryzowały balzakowski czas. Powieściowy Finot nie jest tylko sylwetką jednego dziennikarza swawolnych obyczajów, mentorem od siedmiu boleści, lecz produktem, wytworem, emblematem ówczesnej epoki. Sechard z „Cierpień wynalazcy”, to nie odkrywca sposobu na dostatnie życie („Dwaj poeci”), ale typ, symbol, jej rozpoznawczy znak. Ojciec Goriot nie uosabia indywidualnego tatusia wplątanego w miłosne afery swoich córeczek, tylko jest w utworach Balzaka ojcem zbiorowym, jego syntezą, analizą i konstrukcją równocześnie.

Gigantyczny projekt namalowania uniwersalnego, socjologicznego portretu swojej epoki, obrazu wszechstronnie obejmującego życie człowieka, zamiar ten powstawał w głowie Honoriusza długo; lecz kiedy już przybrał konkretne rozmiary, przekształcił się w arcydzieło złożone z arcydzieł; „Komedia ludzka”, to zbiór powieści składających się na wizerunek Francji.

Jest to oryginalny gmach zbudowany z ludzkich cech, pragnień, nadziei i złudzeń, a budynek ten przypomina system naczyń połączonych. Kiedy czyta się większość z nich (nie wszystkie bowiem zostały przetłumaczone), ma się wrażenie przenikania bohaterów jednej fabuły w drugą. W pierwszej powieści występują w roli epizodycznej; ledwie są wymienieni w tracie rozmowy. Balzak wspomina tylko o nich, natomiast w drugiej, ta sama postać przestaje być epizodyczna i awansuje na postać kluczową. Na przykład margrabina d`Espard, która pojawia się przelotnie w na różnych kartach „Komedii ludzkiej”, w „Kurateli” jest najważniejszą osobą.
Honoriusz robi to z premedytacją; ludzie zapełniający stworzony przez niego fresk są postaciami pełnokrwistymi, fizycznie i psychologicznie wiarygodnymi, plastycznie, drobiazgowo przedstawionymi. Ukazani na tle epoki, są jej doskonałą ilustracją, wzbogaceniem i uzupełnieniem.

Pomysł utworzenia cyklu książek złączonych bohaterami wykluwał się od 1839 r., a ostatecznie zmaterializował - w 1841 roku. Jak pisze Andre Maurois („Prometeusz, czyli życie Balzaka”), Honoriusza olśniła myśl, że „istnieją gatunki socjalne, jak istnieją gatunki zoologiczne. Różnice między robotnikiem, kupcem, marynarzem, poetą są tej samej natury, co różnice między lwem, osłem, rekinem i owcą” (str.450). Wnętrza postaci Balzaka nie zmieniły się, tylko czas odrzucił przebrzmiałe dekoracje. Rozproszyły się w niebytach margrabiny i wymazano z pamięci dawne bale w wywoskowanych salonach, a dżinsy wyparły z istnienia fantazyjne suknie z atłasu. Zmienił się gust, smak, wrażliwość. Po starych szpanach i symbolach zginął ostatni ślad, ale tak wtedy jak dziś, toczy się żółwia gra o lepsze jutro.

*

Wiktor Hugo zajrzał do niego, lecz choć Honoriusz widział go jeszcze, to już był w swojej „komedii”. Życie prowadzone wbrew pospolitym oczekiwaniom cieszyło go więcej, niż to, w którym wymagano, by dreptał pod ich dyktando; śmierć była jego ostatnią walką, pożegnalnym wyzwaniem Losu na ubitą ziemię, podjętym, lecz przegranym protestem wobec jej nieodwołalnych rygorów. Pogodzenie się z nią, rezygnacja z uporu wobec jej przyjścia, uznanie jej wyższości nad życiem, ta kapitulancka forma zmysłowej pokory, dla niego, piewcy żelaznej woli, dla niego, półkrwi ateusza, była oznaką bojaźni, dowodem poddawania się werdyktom Macochy Natury.

Nie potrafił ulec jej obrządkom. Pojednanie się z nimi, zaniechanie sprzeciwu, to rodzaj przymusowego samobójstwa; jego niepokorna egzystencja nie mogła nagle, pod wpływem chwilowej bezsiły, zaakceptować swojego odrażającego przeciwieństwa. Wprawdzie śmierć jest rezultatem życia, lecz rezultatem usprawiedliwionym przez cierpienie i organiczny bunt, chwilowym triumfem znużonej materii nad wiecznotrwałą psyche, pyrrusowym zwycięstwem biologii nad wyższą rzeczywistością ducha...

W rzeczywistości wyższej niż realna panował porządek; sprawy ziemskie były doczyszczone aż do granic jego życzeń i przebiegały po myśli tych, którzy chcieli, by ich nie opuszczał. Lot nad sobą sprawia jednak, że ziemskie utarczki stają się z czasem obojętne; ludzie, te społeczne mikroby opisywane przez niego tyle razy, wielokrotnie przewentylowane i naszpikowane obserwacjami z jego życia, blakły; wyrozumiale, z pobłażliwym uśmiechem oddalały się od niego, wiedząc, że już ich nie wskrzesi; ironicznie, zgodnie, ustami Lucjana stwierdzały: wszystko jest opodatkowane, wszystko się sprzedaje, fabrykuje, nawet powodzenie.

KONIEC
_________________
nieważne, co mówisz. Ważne, co robisz.
 
     
dorotea 
Emeryt/ka



"Wierszy miesiąca": 2
Pomogła: 65 razy
Dołączyła: 05 Lis 2010
Posty: 2172
Skąd: Europa/WARSZAWA
Wysłany: 2011-03-15, 22:52   

Ło Matko!!! Ale to długaśne eseisko, ale jakoś przebrnęłam :) ))
Na drugi raz pisz trochę krócej, bo percepcji umysłowej brakuje do ogarnęcia tak długaśnego tekstu i czytelnik boi się do tego zajrzeć.
To już nie jest spojrzenie na Balzaka, ale filozoficzny wywód o czasach w których przyszło mu żyć i na wszystkich którzy go otaczali.
Lepiej by było, jakbyś się skupił tylko na nim, tak jak zapowiada tytuł

Pozdrówko
_________________
D-Orka Wiśniewska
 
     
Owsianko 
Autor/ka wielce zasłużony/a


"Brązowych Pietruch": 1
"Najlepsza proza": 1
Najciekawsza publicystyka: 1
Pomógł: 1 raz
Wiek: 66
Dołączył: 14 Wrz 2010
Posty: 394
Skąd: Bydgoszcz
Wysłany: 2011-03-16, 02:46   

Dorotea

Miło mi, że po przebrnięciu przez tak sakramencko długi tekst miałaś jeszcze dość siły, by napisać komentarz. W porównaniu do tekstów o Balzaku pisanych metodą tradycyjną, a więc papierową ten esejowaty utwór przypomina pojemnością fraszkę. Lecz jeśli chodzi o publikację internetową, to masz rację: za długi on jest i kropka. Jednakowoż krócej o Balzaku, to profanacja faceta. No i jak skupić się na nim nie mówiąc o jego otoczeniu? Toż to nie je notatka służbowa!

pozdrawiam
_________________
nieważne, co mówisz. Ważne, co robisz.
 
     
dorotea 
Emeryt/ka



"Wierszy miesiąca": 2
Pomogła: 65 razy
Dołączyła: 05 Lis 2010
Posty: 2172
Skąd: Europa/WARSZAWA
Wysłany: 2011-03-16, 05:11   

Owsianko napisał/a:
jednocześnie trzyma go na smyczy z dobrych rad i piłuje bezustannymi apelami o zachowanie rozsądku, i trzyma na dystans: z dala od swoich peniuarów.


Taki drobiażdźek który udało mi się wyłuskać z natłoku informacji

powinno być raczej buduarów (damski pokój) peniuar to szlafrok :)
_________________
D-Orka Wiśniewska
 
     
Owsianko 
Autor/ka wielce zasłużony/a


"Brązowych Pietruch": 1
"Najlepsza proza": 1
Najciekawsza publicystyka: 1
Pomógł: 1 raz
Wiek: 66
Dołączył: 14 Wrz 2010
Posty: 394
Skąd: Bydgoszcz
Wysłany: 2011-03-16, 10:26   

Dorotea

NADMIAR INFORMACJI, powiadasz? Znajomość literatury, to nie brykologiczna wiedza o niczym. W tym ustępie wyznaję zasadę Kapuścińskiego, który mówił, że aby napisać jedną stronę, trzeba przeczytać - sto.

ps. różnica pomiędzy buduarem, a peniuarem należy do namacalnych. W tym wypadku chodziło mi o negliż: u Kopalińskiego masz:
peniuar lekka narzuta kobieca używana przy czesaniu; przest.szlafroczek, negliż.
buduar wykwintny salonik pani domu (XVIII-XIX w.).
Etym. - fr. boudoir 'jw.' od bouder 'dąsać się; kaprysić'; zatemdosł. żart. 'miejsce, gdzie można się wydąsać, pokaprysić'.
Trzymanie Balzaka z dala od miejsca, gdzie „można się wydąsać” – mijałoby się z sensem.

Buziaczki na dzieńdoberek
_________________
nieważne, co mówisz. Ważne, co robisz.
 
     
dorotea 
Emeryt/ka



"Wierszy miesiąca": 2
Pomogła: 65 razy
Dołączyła: 05 Lis 2010
Posty: 2172
Skąd: Europa/WARSZAWA
Wysłany: 2011-03-16, 10:32   

Skoro już tak dokładnie wyjaśniłeś użycia słowa peniuar to niech tak zostanie ale obawiam się że w buduarach to paniusie nie tylko sie dąsały ale używały tych pomieszczeń do innych, bardziej uciesznych celów, szczególnie gdy mężów w domu nie było :) a one były nadąsane :)

Dziękuję za buziaczki na dzieńdoberek, :kiss: odwzajemniam :) i czuję że u mnie się wieczorek robi i chyba się kimnę :) :rotfl:
_________________
D-Orka Wiśniewska
 
     
Kazik42 
Konsultant/ka



"Najlepsza proza": 2
Pomógł: 23 razy
Wiek: 52
Dołączył: 12 Sty 2008
Posty: 1330
Skąd: Lublin
Wysłany: 2011-03-16, 12:09   

My, autorze jesteśmy prosty czytelniczy lud. Na salonach literackich nie bywamy Kudy brać się nam za "rozwałkowywanie", tak uczonego eseju. Na przykład moja kobita znaczy się koleżanka - małżonka filologiem ona i owszem piśmienna jest/a i z kalendarza czasami coś przeczytać potrafi/ I choć ona filolożka jednakże spasowała.Zaczęła wprawdzie coś "bałakać" o jakiś hiperkatoleksach i oksjowizmach. Mówię do niej -"Przestań kobito, bo mi jajnik rozboli!"
My, siermiężny, prosty czytelniczy lud taki mamy do autora postulat. - Napisz coś , autorze, i dla ćwierć i pół -mózgowców. Powiedzmy o Janie Pacianie albo nową wersję o "Popie i jego parobku Jołopie" czyli "remake"/albo coś w tym stylu/ Pzdr.
  
 
     
dorotea 
Emeryt/ka



"Wierszy miesiąca": 2
Pomogła: 65 razy
Dołączyła: 05 Lis 2010
Posty: 2172
Skąd: Europa/WARSZAWA
Wysłany: 2011-03-16, 12:16   

Kazik42 napisał/a:
My autorze jesteśmy prosty czytelniczy lud. Na salonach literackich nie bywamy Kudy brać się nam za "nierozwałkowywanie", tak uczonego eseju. Na przykład moja kobita znaczy się koleżanka - małżonka filologiem ona i owszem piśmienna jest/a i z kalendarza czasami coś przeczytać potrafi/ I choć ona filolożka jednakże spasowała.Zaczęła wprawdzie coś "bałakać" o jakiś hiperkatoleksach i oksjowizmach. Mówię do niej -"Przestań kobito, bo mi jajnik rozboli!"
My, siermiężny, prosty czytelniczy lud taki mamy do autora postulat. - Napisz coś , autorze, i dla ćwierć i pół -mózgowców. Powiedzmy o Janie Pacianie albo nową wersja o "Popie i jego parobku Jołopie" czyli "remeik"/albo coś w tym stylu/ Pzdr.


Ja w tym celu mogę udostępić postać Wincentego Bździocha :sugoi: myślę że prosty lud czytelniczy chętnie by się czegoś o nim dowiedział (choćby jakiś króciutki eseik, esejątko) a ja z prozą to raczej na bakier :)
Kochany autorze!
_________________
D-Orka Wiśniewska
 
     
Owsianko 
Autor/ka wielce zasłużony/a


"Brązowych Pietruch": 1
"Najlepsza proza": 1
Najciekawsza publicystyka: 1
Pomógł: 1 raz
Wiek: 66
Dołączył: 14 Wrz 2010
Posty: 394
Skąd: Bydgoszcz
Wysłany: 2011-03-16, 14:23   

Szanowna Doroteo i Wy, Kaziku 42!

Ja, Nikifor Prozy myślałem sobie, że tu jest miejsce dla piszących, alem zaparkował jak zezowaty snajper, za co przepraszam. Jeżeli tak sądzicie, to dlaczego jesteście na literackim i nie zaproponujecie nazwy zamiast piszemy - toaletowy?

ps. przesadzacie z tą skromnością!

Pozdrowienia uchachane
_________________
nieważne, co mówisz. Ważne, co robisz.
 
     
dorotea 
Emeryt/ka



"Wierszy miesiąca": 2
Pomogła: 65 razy
Dołączyła: 05 Lis 2010
Posty: 2172
Skąd: Europa/WARSZAWA
Wysłany: 2011-03-16, 22:44   

Szanowny Nikforze Prozy!

Oczywiście,że jest tu miejsce dla piszących i jak sama nazwa wskazuje jest to portal literacki,ale dla głów bliższych chmurom niż nauce i my maluczcy mamy wielgachne problemy z ogarnięciem takiego sążniastego, wręcz naukowego eseju, gdybyś to podał nam w mniejszych pigułkach dzieląc ten tekst na Balzak I - V łatwiej byłoby nam go przyswoić, a Ty nam zaaplikowałeś koński zastrzyk wiedzy i nam dym uszami poszedł.
Nie dąsaj się chłopie, tylko na drugi raz podawaj w mniejszych dawkach, jako, że waga naszych umysłów lżejsza.
Gdybyś na przykład spojrzał na Balzaka nie od strony literacko - dziejowej, a od rodzinno - osobistej, wziął pod lupkę jego mamusię,która go odrzuciła (tu miałbyś pole do popisu rozważając dlaczego) tatusia 30 lat starszego od mamusi zajętego robieniem kariery i kasy, moglibyśmy bardziej poznać człowieka, a nie tylko literata na tle rewolucji. Jako humaniści, spragnieni jesteśmy bardziej wiedzy o człowieku, a historia w tym przypadku musi być podana jako delikatne tło i nie zamazywać obrazu duszy ludzkiej.
Pamiętaj też - nie w wielkości i objętości siła :lmao:

Pozdrowionka :kiss: wieczorne
_________________
D-Orka Wiśniewska
 
     
Kazik42 
Konsultant/ka



"Najlepsza proza": 2
Pomógł: 23 razy
Wiek: 52
Dołączył: 12 Sty 2008
Posty: 1330
Skąd: Lublin
Wysłany: 2011-03-17, 12:28   

Oczywiście, ze możesz na portalu zamieścić i statut Towarzystwa Przeżuwaczy Kitu, lecz nie możesz wymagać, by czytelnicy w trakcie jego lektury pieli/względnie piali/ z zachwytu.
  
 
     
Owsianko 
Autor/ka wielce zasłużony/a


"Brązowych Pietruch": 1
"Najlepsza proza": 1
Najciekawsza publicystyka: 1
Pomógł: 1 raz
Wiek: 66
Dołączył: 14 Wrz 2010
Posty: 394
Skąd: Bydgoszcz
Wysłany: 2011-03-17, 12:58   

Kazik 42

Pianie z czegokolwiek? To na forum dla kur w operze.

pozdrowienia
_________________
nieważne, co mówisz. Ważne, co robisz.
 
     
Rafał Bardzki 
Moderator



"Złotych Pietruch": 1
"Brązowych Pietruch": 4
"Najlepsza proza": 1
Pomógł: 23 razy
Dołączył: 14 Wrz 2010
Posty: 2293
Skąd: Zielona Góra
Wysłany: 2011-03-17, 13:28   

Panowie, proponuje pokój. Pokój między Chrześcijany!

Upst, z emocji błąd się wkradł.
  
 
     
Owsianko 
Autor/ka wielce zasłużony/a


"Brązowych Pietruch": 1
"Najlepsza proza": 1
Najciekawsza publicystyka: 1
Pomógł: 1 raz
Wiek: 66
Dołączył: 14 Wrz 2010
Posty: 394
Skąd: Bydgoszcz
Wysłany: 2011-03-17, 13:35   

jestem za, a nawet bardziej
_________________
nieważne, co mówisz. Ważne, co robisz.
 
     
dorotea 
Emeryt/ka



"Wierszy miesiąca": 2
Pomogła: 65 razy
Dołączyła: 05 Lis 2010
Posty: 2172
Skąd: Europa/WARSZAWA
Wysłany: 2011-03-17, 13:56   

A czyżby tu pokoju nie było :) toż to tylko wymiana poglądów :)

:kiss: dla wszystkich "postmenów" nade mną
_________________
D-Orka Wiśniewska
 
     
Owsianko 
Autor/ka wielce zasłużony/a


"Brązowych Pietruch": 1
"Najlepsza proza": 1
Najciekawsza publicystyka: 1
Pomógł: 1 raz
Wiek: 66
Dołączył: 14 Wrz 2010
Posty: 394
Skąd: Bydgoszcz
Wysłany: 2011-03-17, 14:01   

Dorotko roztomiła!: thumbup:

pozdrawia Cię bzdyk
_________________
nieważne, co mówisz. Ważne, co robisz.
 
     
Pola 
Moderator



"Złotych Pietruch": 4
"Srebrnych Pietruch": 2
"Brązowych Pietruch": 1
"Kryształowych Dyń": 1
"Wierszy miesiąca": 4
"Najlepsza proza": 1
fraszkowy król: 1
Pomogła: 85 razy
Dołączyła: 12 Lis 2010
Posty: 3203
Skąd: Tarnów
Wysłany: 2011-03-17, 14:44   

A mnie się to spojrzenie podoba. Pozwoliło mi poszerzyć swoją wiedzę o Balzaku.
I co mi zrobicie?
O innych walorach tego tekstu pisać nie zamierzam, uważam, że to zbyteczne.

Pozdrowieństwa dla Autora i wszystkich komentujących.

Polianna.
_________________
Wiersza nie tworzą litery, które wypisuję na papierze,
lecz biel, którą obok nich pozostawiam.

/Paul Claudel/
 
     
dorotea 
Emeryt/ka



"Wierszy miesiąca": 2
Pomogła: 65 razy
Dołączyła: 05 Lis 2010
Posty: 2172
Skąd: Europa/WARSZAWA
Wysłany: 2011-03-17, 14:48   

A nic Ci Polciu nie zrobimy :rotfl:
my też juz nie będziemy pisać o innych walorach tekstu ;P
_________________
D-Orka Wiśniewska
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group