Fraszkowym Królem została Antonella

Limerykowym Królem zostały dwie osoby: Antonella oraz echo

Prozą Miesiąca V i VI/2017 zostały dwa utwory:
Karol, ostatni dziad odpustowy na Ponidziu, autorstwa - Z. Antolski
oraz Spotkanie, autorstwa - Gelsomina

Zapraszamy do konkursu o Złotą Pietruchę w temacie- basen

Zapraszamy do konkursu na Wiersz Miesiąca VII/2017




Poprzedni temat «» Następny temat
Nie opuszczę cię aż do śmierci
Autor Wiadomość
Sovbedlly 


Dołączyła: 04 Sie 2017
Posty: 7
Skąd: Polska
Wysłany: 2017-08-05, 15:23   Nie opuszczę cię aż do śmierci

Przedstawiam opowiadanie wojenne Nie opuszczę cię aż do śmierci.

Promienie słoneczne rozjaśniają nasze sylwetki. Na niebie widnieje słońce, którego blask razi w oczy. Poza tym nie widać ani jednej chmury. Rozłożyste gałęzie drzew dodają przyrodzie powagi, a soczyście zielona trawa syci swym kolorem.
Stoję razem z przyjaciółmi, bacznie obserwując rozgrywającą się przed nami podniosłą scenę. Jesteśmy świadkami uroczystej przysięgi żołnierza AK.
– W obliczu Boga Wszechmogącego i Najświętszej Maryi Panny, Królowej Korony Polskiej kładę swe ręce na ten Święty Krzyż, znak Męki i Zbawienia, i przysięgam być wiernym Ojczyźnie mej, Rzeczypospolitej Polskiej, stać nieugięcie na straży Jej honoru i o wyzwolenie Jej z niewoli walczyć ze wszystkich sił - aż do ofiary życia mego. Prezydentowi Rzeczypospolitej Polskiej i rozkazom Naczelnego Wodza oraz wyznaczonemu przezeń Dowódcy Armii Krajowej będę bezwzględnie posłuszny, a tajemnicy niezłomnie dochowam, cokolwiek by mnie spotkać miało. Tak mi dopomóż Bóg – mówi uroczyście Stanisław, noszący pseudonim „Lukier”.
– Przyjmuję cię w szeregi Armii Polskiej, walczącej z wrogiem w konspiracji o wyzwolenie Ojczyzny. Twym obowiązkiem będzie walczyć z bronią w ręku. Zwycięstwo będzie twoją nagrodą. Zdrada karana jest śmiercią – odpowiada dowódca.
Po złożeniu przysięgi Stanisław bierze w ręce pistolet, a my zakrywamy dłońmi uszy, wciąż przyglądając się chłopakowi. Następuje salwa honorowa. Garść ptaków zrywa się i szybuje w górę.

Dwa dni później o godzinie siedemnastej wybucha powstanie warszawskie. Ten dzień zaburza spokojny los mieszkańców. Ciężarówki odjeżdżają pełne ludzi wyłapanych z ulicy. Ktoś mówi mi, że te furgonetki jadą do Auschwitz. Uświadamiam sobie, że wszystko jest stracone…
Plany na przyszłość? To nie dla mnie.
Korzystanie z przyjemności? To nie dla mnie.
Cieszenie się z życia? To nie dla mnie.
Miasto ogarnia kolejna noc. Noc, tak bardzo różniąca się od dnia. Tysiące gwiazd świeci w ciemności, jakby ktoś na górze rozsypał diamenty. Srebrzysty księżyc wisi na niebie i oświetla setki budynków. Od czasu do czasu można dostrzec spadającą gwiazdę, która przecina złocistą wstęgą głęboką czerń sklepienia. Mgła unosi się w powietrzu. Panuje głucha cisza, jedynie echo moich przyspieszonych kroków odbija się o mury.
Kiedy widzę przed sobą Stasia, czuję spokój. Krótkotrwały, lecz wewnętrzny spokój. Podchodzę bliżej i znajduję się w objęciach swojego chłopaka. Staś jest dwudziestodwuletnim, szczupłym młodzieńcem. Ma wygładzone włosy kasztanowej barwy. Broda bez całkowitego zarostu oraz okulary dodają mu powagi a zarazem dziecinnego uroku.
– Płaczesz – zauważa, patrząc na mnie bystrymi, szarymi oczami.
– Bo… boję się o ciebie… – mówię łamiącym się tonem.
Drżę, a on ociera kciukiem kolejną łzę z mojego policzka.
– O nic się nie bój, Marysiu.
– Co będzie, jak ciebie też dorwą?
– Bądź spokojna. Naprawdę, poradzę sobie. Poradzę – powtarza „Lukier”, by dodać odwagi sobie, jak również mnie. Jego twarz jest przerażająco poważna.
– Tak bardzo chciałabym w to wierzyć… – szepczę smutno i zatapiam się w ponurych myślach.
Mija dopiero czwarty dzień powstania, a ile wyrządzono perfidnych krzywd. Biedne rodziny, które codziennie tracą swoich bliskich. Niewinni umierający ludzie. Ranni, przebywający w szpitalu i doznający wiele bólu. Mieszkańcy Warszawy, którzy każdego dnia oddają swoje życie za ojczyznę. Zwyrodniali Niemcy, mordujący z zimną krwią. Ziemia, która żywi się ludzką posoką.
Nie znamy dnia ani godziny. Nie wiemy, czy doczekamy jutra. Często modlę się, abyśmy przeżyli - ja, moi rodzice, siostrzyczka i „Lukier”, którego tak kocham…
Moje melancholijne myśli przerywa łagodny głos Stasia:
– Wiedz, że nic nas nie rozłączy.
Chwilę później nachyla się nade mną i bierze moją twarz w swoje silne dłonie. Liczymy się tylko my. Ja i on. Nic nie jest w stanie zniszczyć naszej miłości, nawet wojna. Staś delikatnie muska ustami moje wargi. Odwzajemniam jego pocałunek, który z każdą chwilą staje się coraz bardziej namiętny. Niespodziewanie słyszymy nadchodzące kroki. Odwracamy głowy w tamtą stronę. Serce wali jak młot. Staś czujnie patrzy, kto do nas podchodzi. Okazuje się, że tylko nasi przyjaciele.
– Ale nas wystraszyliście! – mówię oburzona i ocieram dłonią czoło.
– Przepraszamy. – Helena uśmiecha się.
– Co, nocny spacerek? – „Karp” mruga do mnie okiem, a ja kiwam twierdząco głową.
– Tak…
– Przeszkodziliśmy wam.
– Nie, wcale nie. – Staś obejmuje ramieniem przyjaciela.
Razem odchodzą na bok i zaczynają o czymś rozmawiać. Ach, ci nasi chłopcy!
Podchodzę do Heleny.
– Jak się czujesz? – Patrzę na jej okrągły brzuszek.
– Dobrze. Dziękuję – odpowiada przyjaznym głosem.
– Jak myślisz, to chłopiec, czy dziewczynka?
Wzdycha z rozmarzeniem i gładzi swój brzuch.
– To obojętne. Ważne, że dziecko. – Chichocze wesoło, a ja razem z nią. Nagle przestaje i spoglądając na Stasia, mówi bez cienia zazdrości: – Ale twój Stasiu jest odważny.
Podążam za jej wzrokiem. Mój „Lukier” rozmawia z Józkiem, którego przezywano „Karp”. Widać, że świetnie się dogadują i rozumieją.
– Twój Józiu też.
– Nasi bohaterowie!
Po chwili ja i Staś żegnamy przyjaciół, którzy odchodzą. Gdy znikają w ciemności, Staś odwraca się do mnie. W jego oczach dostrzegam błysk ożywienia.
– Marysia… – szepcze.
Zbliżam się do niego.
– Słucham?
– Pocałuj mnie.
Całuję go delikatnie w usta. On oddaje mi pocałunek z namiętnością. Czuję się cudownie. Unosi mnie i przypiera do ściany budynku. Napiera na mnie całym ciałem, cały czas całując. Zatapiam palce w jego włosach. Zamykam oczy, kiedy czuję jego usta na swojej szyi, którą odchylam do tyłu, aby miał do niej lepszy dostęp. Silna dłoń zaciska się na moich pośladkach.
– Och, tak... – mówię cicho.
Później, gdy się już sobą nacieszyliśmy, żegnamy się.
– Uważaj na siebie. – Staś patrzy na mnie z uśmiechem.
– Ty też, kochany. – Gładzę go po policzku.
Rozglądam się na boki, obawiając się, że złapią mnie Niemcy. Na szczęście wokół nikogo nie ma. Docieram do kamienicy. Bezszelestnie wchodzę do mieszkania. W pokoju mijam śpiących rodziców, po czym powoli podchodzę do lustra. Uważnie przyglądam się sobie.
Mam dwadzieścia jeden lat, zgrabną sylwetkę oraz delikatne rysy twarzy. Długie, hebanowe włosy luźno opadają mi na plecy. Odwracam głowę i patrzę przez okno z przygnębieniem…

Rankiem siedzę razem z matulą i siostrą w niewielkiej kuchni. Płaczemy nad okrutną, pełną krwi rzeczywistością. Moja pięcioletnia siostra jeszcze nie rozumie, dlaczego jesteśmy zrozpaczone, ale i jej udziela się nasz pochmurny nastrój. Nie gada rezolutnie, jak to zazwyczaj bywa.
– Czemu jesteście smutne?
Zatapiam w nią spojrzenie.
– Wiesz, Basiu… – przerywam, gdyż nie znajduję odpowiednich słów.
– Nie smutne, tylko zamyślone. – Mama przychodzi mi z pomocą.
Basia zabawnie przekrzywia główkę. Wydaje się być jeszcze bardziej zainteresowana tematem.
– A o czym myślicie?
– O… życiu – mówię krótko.
Chyba zadawala ją ta odpowiedź, bo posyła nam uśmiech. Wstaje i wychodzi z kuchni. Po chwili mama spogląda na mnie żałosnym wzrokiem.
– Nie pozwolę ci nigdzie wychodzić. – Próbuje podnieść głos, ale wychodzi z tego szept.
– Dlaczego? – pytam nieco zdezorientowana.
– Nie chcę, żeby ciebie zgarnęli!
– Rozumiem, że boisz się o mnie. Ale jestem przecież dorosła i…
– Siedź lepiej w domu, to cię nie porwą, Marysieńko – mówi stanowczo.
Uzmysławiam sobie, że nie wygram utarczek słownych z mamą. Przytakuję głową dla świętego spokoju, obiecując jej, że nigdzie się stąd nie ruszę. Jednak tak naprawdę nie chcę się ukrywać. Kiedy mama szykuje obiad, potajemnie wychodzę do skromnie urządzonego przedpokoju. Mała Basia drepcze za mną.
– Gdzie idziesz? – Zaciekawiona uśmiecha się do mnie.
– Nie mogę ci powiedzieć. To tajemnica. – Przytykam palec do swoich ust.
– Idziesz do Stasia?
– Tak. – Uśmiecham się mimo woli.
– Mogę iść z tobą? – Siostrzyczka zupełnie nie zdaje sobie sprawy z zagrożenia.
– Nie.
Dostrzegam w jej oczach wyraźne rozczarowanie. Układa usta w podkówkę.
– Czemu? Proszę, chcę iść z tobą – szepcze tak błagalnie, że przez moment waham się.
Nie, nie mogę jej wziąć. Nie chcę, żeby jej coś się stało. Wreszcie gładzę ją po ciemnobrązowych włosach.
– Niedługo wrócę – zapewniam ją, a następnie wymykam się z mieszkania.
Słońce wygląda zza kłębiastych, białych chmur. Jego ciepłe promienie oświetlają twarze przejętych ludzi. Poranny ruch na ulicach wskrzesza przechodniów, a rozróby tworzą jeszcze większe zamieszanie w Warszawie. Jest tak gorąco, że można się niemal udusić.
Rozglądam się dookoła z trwogą. Na razie trwa porządek, który w każdej chwili może zostać zakłócony. Przechodzę kawałek dalej. Parę metrów przede mną jedzie niemiecki czołg. Odwracam się na pięcie i gnam przed siebie, słysząc strzelanie mieszające się z jazgotliwymi krzykami Niemców oraz płaczem dzieci. Potykam się o coś i upadam. W samą porę, gdyż pocisk rozerwałby mnie. Zrywam się, znów biegnę tak szybko, że brakuje mi tchu.
Ulica jest opustoszała, a domy jeszcze niezniszczone. Przystaję na chodniku i opieram się o mur budynku. Cieszę się w duchu, że Niemcy mnie nie zgarnęli. Ruszam dalej i docieram do kolejnej dzielnicy.
Na chodniku stoją moi przyjaciele oraz Staś. Trzej chłopcy są ubrani w cywilne stroje, zaś ja i Helena w sukienki. Witam się z nimi, a potem dostrzegam, że niedaleko nas przechodzi ksiądz. Korzystając z chwili wytchnienia, prosimy go, aby udzielił nam ślubu. Ksiądz zgadza się. Najpierw „Karp” i Helena biorą szybki ślub. Potem przychodzi kolej na mnie i Stasia.
– Ja, Stanisław, biorę ciebie, Mario, za żonę i ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz to że cię nie opuszczę aż do śmierci. Tak mi dopomóż Panie Boże Wszechmogący w Trójcy Jedyny i Wszyscy Święci. – Patrzy na mnie ze wzruszeniem.
Powtarzam te słowa. Za obrączki posługują nam kółka od zasłon. Obdarzamy się czułym pocałunkiem.
– Gratulacje, Lukier! – woła „Orzech” i klaszcze.
Wszyscy łapiemy się za ręce i zataczając krąg, wesoło tańczymy i śpiewamy. Muzyka nie jest nam potrzebna. Cieszymy się naszą obecnością. „Orzech” śmieje się. Patrzę szczęśliwa na Stasia, którego twarz także promienieje. Helena i „Karp” wysyłają sobie rozmarzone spojrzenia.
Niespodziewanie skromną ceremonię zakłócają groźne wrzaski, zbliżające się z każdą sekundą. Jak na komendę zwracamy głowy w ich kierunku. Jesteśmy czujni i przygotowani na wszystko. Z naprzeciwka biegną przerażeni Polacy. Wśród nich rozpoznaję moją sąsiadkę.
– Podpalili kamienicę na Wawelskiej! – krzyczy nieludzkim głosem, złapawszy się okrwawionymi dłońmi za głowę.
Czuję, jak ziemia osuwa mi się spod nóg. To kamienica, w której mieszkam!
– Rodzice… Basia… Co z nimi? – Wydaję z siebie stęknięcie.
– Ciężko ranną Basię zaniesiono do szpitala. Tak mi przykro, Marysiu.
– Muszę… zobaczyć Basię... – Łzy lecą mi po policzkach.
Dołączają do nas młodzi, polscy żołnierze. Proszą nas, abyśmy pomogli zanieść poszkodowanych ludzi do powstańczego szpitala. Ja i „Karp” podtrzymujemy nastoletnią dziewczynę, która ma bardzo pokiereszowaną nogę, Stasiu wraz z Heleną prowadzą starszego mężczyznę. Z powodu dużego brzucha Helenie sprawia to wysiłek. Natomiast „Orzech” niesie na rękach niemowlę zawinięte w chustę. Przed nami maszeruje czterech bojowników, torując nam drogę.
Na ulicy Bohaterów mieści się powstańczy szpital „Kordian”. Wchodzimy tam, a naszym oczom ukazuje się zatrważający obraz. Na kozetkach leżą setki rannych ludzi, którzy wołają o pomoc w uporaniu się z cierpieniem. Niektórzy konają. Dwie pielęgniarki nie nadążają z ich obsługiwaniem. Rozpaczliwe głosy przypominają wycie chorych zwierząt. Aż serce się kraje! Dzieci i dorośli… Kobiety i mężczyźni… Wszystkich łączy jedno. Męka.
W końcu wyławiam spojrzeniem moją siostrzyczkę. Moje kochane maleństwo. Na miękkich nogach podchodzę bliżej. Ciężko oddycha, patrząc otępiale na sufit. Na jej białej koszulce przeziera czerwona, powiększająca się plama. Zdejmuję opaskę z ramienia i zakładam ją na ranę. Basia przygląda się mi z apatią, po czym wydaje z siebie ostatnie tchnienie. Chlipię, gdy zamykam na zawsze jej dziecięce oczy.
Gdybym wtedy wzięła siostrzyczkę ze sobą, to z pewnością by dalej żyła…
Czuję dotyk na swym ramieniu. Odwracam się. Naprzeciw stoi pielęgniarka.
– Pomożesz mi? Trzeba założyć nowy bandaż dziecku.
Zgadzam się. Idę za nią. Staję przy kozetce, na której leży około dziesięcioletni chłopiec. Z jego kikuta lewej nogi sączy się krew. Pielęgniarka podaje mi bandaż i idzie do kolejnego pacjenta. Siadam przy chłopcu.
– Gdzie twoja mama? – pytam, owijając bandaż wokół kikuta.
Chłopiec milczy przez moment. Posyła mi przygnębiające spojrzenie.
– W niebie – odpowiada cicho.
Robi mi się go żal. Wzdycham i głaszczę go po głowie.
Nagle do wielkiego gmachu wparowują Niemcy i zaczynają rozstrzeliwanie, dobijając większość rannych. Padam na kolana i czołgam się przed siebie. Udaje mi się dotrzeć do przyjaciół schowanych między leżankami. Słychać rozemocjonowane skowyty. „Orzech” strzela do Niemca, który umiera. Jeden z nich capie niemowlę i żywcem je rozdziera, jakby było kartką papieru. Dwóm udaje się odebrać broń z rąk „Karpia” i zapędzić go w róg. „Karp” przewraca się, a oni zbliżają się do niego.
– Nie zabijajcie mnie, proszę… Mam dziecko w drodze… i żonę… – błaga jękliwym tonem.
Jednak Niemcy, nieludzkie bestie, nie odpuszczają. Jeden nadeptuje mu na głowę, a drugi zaczyna go kopać. Sprawia im to dziką przyjemność. Po skończonej zabawie celują pistolet w niego i wykańczają. Na naszych oczach zabijają „Karpia”. Helena chce pobiec do leżącego chłopaka, ale Staś mocno ją przytrzymuje.
– Józek! Józek! – woła z rozpaczą Helena, szarpiąc się bezskutecznie.
Uciekamy bocznym wyjściem. Biegniemy co sił w nogach, aż przystajemy. Teraz we czwórkę wolno przemierzamy dzielnicę, taksując nerwowym wzrokiem otoczenie, do którego nie dotarł jeszcze koszmar. Złowroga cisza grzmi nam w uszach. Stajemy w ukryciu, w bezpiecznej odległości. W stronę grupy Polaków niespodziewanie nadlatuje granat. Z przerażeniem widzimy, jak ich rozsadza. Na ulicę spada duży deszcz krwi, pomieszanej z porozdzielanymi kawałkami ludzkich ciał. Krzyczę, gdy przede mną upada fragment dłoni. Kilkadziesiąt osób w okamgnieniu odeszło z tego świata. Dobrze, że nas to nie dosięgło. Przynajmniej na razie…
Obaj chłopcy trzymają w rękach karabiny. Idziemy dalej wolnym krokiem. Helena jedną ręką trzyma się za duży brzuch.
– Józek… mój… – Jej głos łamie się.
– Musisz być silna – mówię współczująco, obejmując ją ramieniem.
Mijając ocean trupów i spalone, zrujnowane domy, znów czuję mdłości. Przyjaciółka odtrąca moje ramię i przystaje.
– Ja zaraz was dogonię… – szepcze, ciężko oddychając.
– To zbyt niebezpieczne. Chodź. – „Orzech” podaje jej rękę.
– Muszę chwilkę odpocząć… Idźcie…
Patrzę na chłopaków, a oni na mnie. Staś kiwa głową. Kroczymy we trójkę, a po chwili chowamy się za rogiem budynku. Helena jest za nami w tyle. Idzie kawałek, potyka się i przewraca na brzuch. Raptem skądś wyłaniają się trzej Niemcy. Podbiegają do Heleny. Jeden odwraca ją na plecy. Ona chce wstać, ale on nadeptuje na jej szyję, uniemożliwiając ruch. Obserwujemy z przerażeniem, jak ostrze noża przecina jej brzuch, a krew tryska na zewnątrz. Helena krzyczy. Zakrywam usta dłonią, gdy drugi Niemiec wyciąga z rozciętego brzucha noworodka. Oddala się i wyrzuca je w stronę gruzów.
O Jezu! O Jezu!
Rana u Heleny powiększa się coraz bardziej. Mężczyzna kopie ją. Chcę jej pomóc, ale Staś mocno trzyma mnie za ramię. Niemiec zabija ją jednym strzałem karabinu. Płaczliwe jęki cichną, a Niemcy odchodzą. Odczekujemy aż znikną nam z pola widzenia, a potem wychodzimy z ukrycia i znów idziemy. Drżę. Łzy płyną mi po policzkach, kiedy mijam martwą przyjaciółkę. Chłopcy też są przejęci, na ich twarzach maluje się smutek. Kucamy za jakimś pojazdem. „Orzech” zaczyna trząść się jak w histerii, a w jego oczach zauważam błysk szału.
– To koniec – powtarza słowa tak gorączkowo, jakby był czymś opętany.
– To jeszcze nie koniec – odzywa się Staś stanowczym tonem, poprawiając swoje okulary.
Ku naszemu zdziwieniu „Orzech” przykłada lufę strzelby do swoich otwartych ust i wystrzela. Nie zdążamy zareagować, bo dzieje się to zbyt szybko. Zakurzona twarz kolegi twardnieje i zalewa się czerwienią. Bezwolnie uderza o ziemię.
– Orzech?! Orzech! – Staś potrząsa nim bez rezultatu, więc po chwili odsuwa się od nieruchomego ciała.
– Boże… – Wtulam głowę w szyję ukochanego.
Czekamy parę minut, lecz nie pojawiają się żadni ludzie. Słychać tylko nasze przyśpieszone oddechy.
– Pójdę sprawdzić, czy jest czysto. – „Lukier” zniża głos do szeptu.
– Pójdę z tobą – mówię i oblizuję swoje spierzchnięte wargi.
– Nie. Poczekaj.
Staś kroczy przed siebie, ściskając w ręku karabin i lustrując wnikliwym spojrzeniem pobliski obszar. Znienacka dostaje kulą w brzuch. Upada. Podnosząc się, woła do mnie:
– Uciekaj! Uciekaj!
Serce mi łomocze, jakby chciało wyskoczyć z klatki piersiowej. Ze strachem obserwuję, jak kula drugi raz trafia w Stasia, który się osuwa. Podbiegam do niego i klękam. Leży na plecach i z trudem oddycha, a przez jego strój wypływa coraz więcej krwi. Jestem tak blisko niego, że czuję jej lepkość.
– Stasiu! Nie zostawiaj mnie! Ja cię kocham! – Płaczę i potrząsam nim, aby nie odchodził.
Patrzy na mnie zamglonymi oczami, które stopniowo gubią blask.
– Przepraszam… skarbie… – szepcze ledwo dosłyszalnie.
Przygaszone światełko w spojrzeniu zupełnie zgasło. Jego oczy wciąż są otwarte i prawdziwe, lecz pozbawione całej esencji, a ciemna od brudu twarz zastyga w wyrazie smutku.
Nagle czuję mocne szarpanie za rękę. Odwracam głowę i widzę zbliżającą się w moim kierunku pięść. Robi mi się słabo. Tracę przytomność.

Powoli otwieram powieki. Najpierw doznaję intensywnego pulsowania w czaszce, a potem bólu w podbrzuszu. Jest mi bardzo zimno. Siadam i rozglądam się. Jestem w samym środku zburzonego świata. Dokoła są gruzy i zniszczone mury budynku.
– Polin, Polin… (1) – Słyszę za swoimi plecami.
Jestem tak obolała, że nie mogę ruszyć się z miejsca. Kroki zbliżają się, a w końcu przede mną staje młody mężczyzna. Od razu rozpoznaję, że to Niemiec. Wbija we mnie przenikliwy wzrok. Dopiero po chwili uświadamiam sobie, że… jestem całkiem naga! Zgwałcił mnie, a teraz patrzy na moje piersi! Zasłaniam je dłońmi. Niemiec uśmiecha się drwiąco i podchodzi do mnie szybkim krokiem, a ja lekko się uchylam.
– Hast du mir Angst? (2) – Jego lodowaty głos sprawia, że ciarki przechodzą mi po plecach.
Chcę uciec, ale mam zbyt ciężkie nogi. Żołnierz odrywa moje ręce od piersi.
– Du hast herrlichen Körper. (3)
Unikam jego groźnego wzroku. Przybliża się i kuca przy mnie. Dotyka palcem mojej brody, zmuszając, bym patrzyła na niego.
– Hat es dir gefallen, Schatz? (4)
Nie rozumiem go. Żadne słowa nie mogą mi przejść przez gardło. Mrugam powiekami. Serce mi wali, gdy żołnierz podnosi z ziemi karabin i energicznie rozszerza moje nogi. Lufa karabinu powoli zbliża się do mojej szparki. Łzy napływają mi do oczu i lecą po policzkach.
Nie! Och, Boże! Nie!
Zaciskam uda, ale Niemiec rozchyla je siłą.
– Gib mir! Versteck nicht! (5) – krzyczy wściekle.
– Nie! Nie! – jęczę ochryple, kręcąc głową na boki.
Zaczynam głośno szlochać. Żołnierz, mrużąc oczy, cofa karabin. Przez moment celuje go we mnie. Wstrzymuję oddech. Ku mojemu zdziwieniu odwraca się i odchodzi czym prędzej. Płaczę.
Och! Boże! Dziękuję!
Rozglądam się w poszukiwaniu swojej sukienki. Nie ma jej. Próbuję wstać, ale nie mam się czego złapać. Upadam na kolana, a po chwili wstaję. Mimo ścierpniętych nóg wolno idę przed siebie. Udaje mi się wydostać na jakąś ulicę.
Nagle czuję silne uderzenie powietrza i coś jakby prąd o wysokim napięciu przeszywa moje ciało. Zostaję mocno postrzelona w kilku miejscach. Przewracam się i już się nie podnoszę.
– Staś… nie opuszczę cię aż do śmierci – wyduszam z siebie ostanie słowa.



(1) Polin, Polin… – Polka, Polka…
(2) Hast du mir Angst? – Boisz się mnie?
(3) Du hast herrlichen Körper. – Masz piękne ciało.
(4) Hat es dir gefallen, Schatz? – Podobało ci się, kochanie?
(5) Gib mir! Versteck nicht! – Daj mi! Nie ukrywaj!
 
     
ag 
Autor/ka



Pomogła: 3 razy
Dołączyła: 31 Lip 2017
Posty: 109
Skąd: Lublin
Wysłany: 2017-08-05, 16:17   

Sovbedlly napisał/a:
Dwie pielęgniarki nie nadążają z ich obsługiwaniem.

Zamieniłabym to obsługiwanie, bo nie pasuje wg mnie. Może jakieś pielęgnowanie, opatrywanie - cos w ten deseń ;)

Sovbedlly napisał/a:
Na ulicę spada duży deszcz krwi

Nie chcę ingerować, ale czy mogłabym tak skromnie zasugerować ulewę, zamiast dużego deszczu?

Sovbedlly napisał/a:
porozdzielanymi kawałkami

jak dla mnie bardziej by pasowało do okoliczności "porozdzieranymi"

Tekst z bombą, wręcz, emocjonalną. Umierałam z każdym z nich. Straszne dzieje. Nie mieści mi się w głowie to bestialstwo drugiego człowieka. Jak tak można?! Przecież kopie "mnie", depcze, szmaci drugi człowiek! Taki sam jak "ja", też ma rodzinę, dzieci, o które pewnie się troszczy martwi. Jest duszą towarzystwa, a w "pracy", "na służbie" zabija ludzi, jakby byli zwykłymi muchami.
_________________
Co dziecko, którym byłeś, pomyślałoby o dorosłym, którym się stałeś? ~ Skradzione dziecko K. D.
 
     
Gelsomina 
Autor/ka zasłużony/a



"Złotych Pietruch": 3
"Srebrnych Pietruch": 3
"Brązowych Pietruch": 4
"Wierszy miesiąca": 1
"Najlepsza proza": 2
Pomogła: 84 razy
Dołączyła: 17 Lip 2014
Posty: 3092
Skąd: Łódź
Wysłany: 2017-08-06, 11:12   

Bardzo się wzruszyłam, czytając to opowiadanie. Brawo dla ciebie za podjęcie, tak poważnego, tragicznego tematu.
Mam kilka uwag, ale to sa bardzo drobne uwagi.
Pozdrawiam i jednocześnie witam.

Sovbedlly napisał/a:
Promienie słoneczne rozjaśniają nasze sylwetki. Na niebie widnieje słońce, którego blask razi w oczy. Poza tym nie widać ani jednej chmury.


Na niebie widnieje słońce* w pierwszym zdaniu już to napisałaś.

Sovbedlly napisał/a:
przykłada lufę strzelby do swoich otwartych ust i wystrzela.


Może strzela... albo naciska spust.

Sovbedlly napisał/a:
odbija się o mury.
odbija się od murów.

[quote="Sovbedlly"Odwzajemniam jego pocałunek, [/quote]
bez jego*

Sovbedlly napisał/a:
Biegniemy co sił w nogach, aż przystajemy

Może coś dodać w tym zdaniu?


Sovbedlly napisał/a:
Lufa karabinu powoli zbliża się do mojej szparki.

jakoś słowo szparka* nie pasuje mi w tym opowiadaniu.

Zachowam w pamięci obrazy, które tu zawarłaś.
_________________
Poezja najbardziej raduje, wtedy, gdy się ją rozumie tylko ogólnie, a nie całkowicie*
 
     
Sovbedlly 


Dołączyła: 04 Sie 2017
Posty: 7
Skąd: Polska
Wysłany: 2017-08-09, 16:35   

Dziękuję za ukazanie błędów i cieszy mnie fakt, iż moja praca wzbudziła w Was takie emocje. Przyznam, że sama przeżywałam wewnętrznie, kiedy ją pisałam.
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group