Fraszkowym Królem została Antonella

Limerykowym Królem zostały dwie osoby: Antonella oraz echo

Zapraszamy do głosowania na:
Wiersz Miesiąca IX/2017, Prozę Miesiąca IX/2017 i Pietruchę




Poprzedni temat «» Następny temat
Przesunięty przez: Dany
2017-10-09, 00:13
Mam na imię Ridge
Autor Wiadomość
Sovbedlly 


Dołączyła: 04 Sie 2017
Posty: 7
Skąd: Polska
Wysłany: 2017-08-09, 16:37   Mam na imię Ridge

Publikuję swoje najnowsze, obyczajowe opowiadanie Mam na imię Ridge.
Zapraszam do czytania i oceniania.

Nagle z sali wyszli lekarze, prowadząc łóżko, na którym leżała dziewczyna. Była zupełnie sina i blada, podłączona do kroplówek, jej ciało nie okazywało oznak życia. Kobieta podbiegła do niej. Mówiła cicho, aby tamta się wybudziła, gładząc ją po kredowym policzku. Lekarze wymieniali między sobą słowa dotyczące stanu zdrowia chorej. Mężczyzna odciągnął kobietę od łóżka, zaś ona jeszcze z wyciągniętą ręką pokazywała w stronę, gdzie łóżko z szatynką już odjechało.

Po całym pokoju rozległ się odgłos tego znienawidzonego przedmiotu, jakim był budzik. Na jego kolorowej tarczy wskazówki zatrzymały się na godzinie szóstej i tym samym wybudziły Sheilę Jenkins z pięknego snu, który zakończył się przed tak długo oczekiwanym punktem kulminacyjnym. Szatynka uchyliła swoje zaspane powieki, przez które do jej wnętrza dotarł obraz sypialni oraz porozrzucanych ubrań leżących na dywanie. Najwidoczniej wczoraj ich nie zauważyła. Tłumacząc to wszystko swoim zmęczeniem, a jednocześnie igrając z myślami, uniosła resztę ciała i skierowała się do wyjścia. Weszła do łazienki, uprzednio zamykając za sobą drzwi na zamek. Pragnęła w tym momencie pobyć sama. Odkręciła kurek. Do podłużnej wanny zaczęła wpływać gorąca woda.
Dziś sobota, kolejna, nudna sobota. Monotonia to moje drugie imię, pomyślała z niezadowoleniem. Gdy wody było wystarczająco dużo, zdjęła najpierw górną część pomarańczowej piżamy, a potem dolną. Weszła z ostrożnością do wanny. Przymknęła oczy, pozwalając, by ciepłe strumienie obejmowały jej ciało, odprężając i pobudzając po śnie. Woda sięgała jej niemal do ramion.
Dobrze, że zaczął się marzec, będę miała chociaż co oglądać w telewizji.
Nie mogła się już doczekać wieczoru, kiedy to będą emitować nowy serial, biografię jakiegoś nieznanego aktora. Interesowała się ogólnie kinem, toteż ciekawiły ją takie nowinki. Chociaż to nieco poprawiało jej nastrój.
Sheila umyła się, wyszła i szybko okryła puchatym ręcznikiem. Jednym ruchem przejechała lustro, by pozbyć się nalotu z pary wodnej. Przejrzała się. Wyglądała całkiem znośnie z mokrymi, czarnymi włosami przyklejonymi do rozgrzanej twarzy. Wtarła w nagie, smukłe ciało balsam nawilżający. Nie była szczególnie gruba, aczkolwiek posiadała już kobiece krągłości, zwłaszcza piersi ładnie, naturalnie się zaokrągliły.
Ma się w końcu te osiemnaście lat.
Nie wstydziła się swego ciała, kompleksy jej nie dotyczyły. Założyła zwyczajną bieliznę, wygodne getry i szarą bluzkę. Myła zęby, kremowała twarz, czesała i suszyła włosy, normalne zabiegi, które wykonuje się codziennie. Gdy schodziła po schodach, poczuła ujmujący zapach naleśników. Weszła do kuchni, gdzie przy stole siedzieli jej rodzice na swoich stałych miejscach. Jak zwykle. To codzienność, która czasem stawała się tak nudna, że aż mdła.
– Dzień dobry. – Posłała im subtelny uśmiech i usiadła na wolnym krześle.
– Dzień dobry, kochanie. – Tata zerknął na nią znad gazety.
Mama spojrzała czułym wzrokiem na córkę. Zawsze była jej oczkiem w głowie.
– Cześć. – I zaraz zwróciła się do męża: – Odłóż tę gazetę. Jemy.
Posłusznie złożył gazetę na cztery, położył na parapecie. Spojrzał uprzejmie na Phoebe polewającą na naleśniki syrop klonowy.
– Ciekawy artykuł czytałem, ale skoro jemy, to jemy. – Zażartował ze swobodą.
Gdy Phoebe zasiadła do stołu, chwyciła w prawą dłoń widelec. Spoglądnęła na Sheilę.
– Jak się spało? – Standardowe pytanie wydobyło się z jej ust.
– Dobrze, dziękuję – odparła grzecznie Sheila, choć w głębi duszy naprawdę już ją nużyło zachowanie aż nazbyt spokojnych, uprzejmych rodziców.
Czas upłynął tradycyjnie na luźnej rozmowie. Co jakiś czas wodziła wzrokiem po rodzicach, Phoebe i Liamie. Ona była niebywale atrakcyjna – długie włosy hebanowej barwy opadały na ramiona, zaś szlachetne rysy twarzy i szare tęczówki wyrażały ciepło. Delikatności dodawały złote, okrągłe kolczyki. Nienaganna figura, jasna cera i pełne, malinowe wargi czyniły ją jeszcze bardziej ponętną. Natomiast on stanowił przeciwieństwo żony. Małe, niebieskie oczy nadawały twarzy tajemniczego wyrazu, podobnie jak wąskie, zaciśnięte usta wykrzywione w delikatnym, niejednoznacznym grymasie. Jego dojrzały wiek potwierdzały zmarszczki na twarzy, szczególnie widoczne pod oczami i szerokim czołem. Również kilkudniowy zarost oraz przerzedzone, rozwichrzone włosy wskazywały na ilość przeżytych lat.
Po śniadaniu Phoebe sprzątnęła brudne talerze i poszła do salonu, by poddać się miłemu zajęciu, jakim było szydełkowanie. Liam musiał pojechać do swojej matki zrobić jej zakupy, bo biedna starowinka była już bezradna, zdana na innych. Sheila udała się do swego pokoju, jedynego jej królestwa, w którym mogła się zaszyć i nikt jej zwykle nie przeszkadzał. Gdy już się tam znalazła, jej wzrok automatycznie padł na laptop leżący na biurku. Usiadła przy nim, postanawiając pobuszować w Internecie. Odgarnęła kosmyk czarnych włosów opadający jej na oczy, po czym nacisnęła guzik uruchamiający laptop. Czekając, aż się włączy, omiotła spojrzeniem pokój. Był malutki, jednak sprawiał wrażenie słonecznego i przytulnego. Z pewnością to zasługa dobranych kolorów, zielonego i białego. Bambusowe rolety zostały podwinięte do połowy wysokiego, podwójnego okna, które stanowiło jedyne źródło naturalnego światła w pomieszczeniu. Ściana na prawo od niego była pomalowana w zielonobiałe paski, w odróżnieniu od pozostałych trzech pokrytych śnieżną farbą. Pod ścianą stało jasne biurko z trzema seledynowymi szufladkami, do którego dosunięte były dwa krzesła w tym samym kolorze. Nad nim wisiały dwie półki zapełnione książkami. Naprzeciwko biurka znajdowało się seledynowe łóżko, które w razie potrzeby można było z łatwością złożyć.
Czasem Sheili brakowało odrobiny szaleństwa, wyskoków, odlotowości. Było to naturalne, iż chwilami miała serdecznie dość monotonii, zważywszy na swoją sytuację życiową. Bardzo kochała swoich rodziców, którzy darzyli ją również wielką miłością i szacunkiem. Byli jej ogromnie bliscy, ufała im, zawsze mogła powiedzieć im o swoich problemach, troskach, a oni słuchali z uwagą, pomagali jej w trudnych chwilach, nigdy się z niej nie wyśmiewali. Miała szczęście i nieszczęście. Szczęście składało się z wspaniałych, opiekuńczych rodziców stających za nią murem oraz z kochanej, nieco zacofanej babci Gwendolyn i asertywnej, rezolutnej cioci Heather, z którymi także miała cudowny kontakt, mogła o wszystkim pogadać. Nieszczęście…
Przymknęła powieki, czując zbierające się pod nimi łzy. Nie chciała płakać. Użalanie się nad sobą nie było w jej stylu, ale czasem nie potrafiła tego powstrzymywać. Kiedy nikt nie widział, zdarzało jej się popłakiwać, leżąc w łóżku. To jedyna rzecz, którą ukrywała przed bliskimi. Łzy. Musiała gdzieś dać upust emocjom. Z każdym kolejnym rokiem czuła się coraz bardziej samotna.
Gwałtownie zamrugała powiekami i nachyliła się lekko do laptopa, by otworzyć Internet. Była strasznie ciekawa, co to za aktor, o którym nakręcono serial. Nie kojarzyła go wcale. Wystukała na klawiaturze nazwisko „Carter”. Wyskoczyło jej w Google jako pierwsze „Aaron Carter” i jego zdjęcia. Najpierw weszła na Wikipedię, by przeczytać podstawowe informacje.
Aaron Carter (ur. 28 lipca 1950 r. w Los Angeles, zm. 5 stycznia 1985 r. w Los Angeles) –amerykański aktor filmowy i teatralny, piosenkarz, scenarzysta, reżyser, tancerz, producent filmowy.
Potem kliknęła na grafikę, która ukazała mnóstwo kolorowych fotografii tego artysty. Dowiedziała się, że żył tylko trzydzieści pięć lat i że trzydzieści lat temu zginął tragicznie w wypadku samochodowym. On i jego kierowca wracali z koncertu koło północy. To był grudzień, więc na drogach panowała ślizgawica. Kierowca wpadł w poślizg i zderzył się z ciężarówką. Nikt nie przeżył. Wykluczono fakt, iż któraś z ofiar była pod wpływem alkoholu. Sheila poprawiła się na krześle i kliknęła w artykuł, gdzie ujrzała zdjęcia z wypadku. Samochód był zmasakrowany i nadawał się do kasacji. Aarona Cartera pochowano w Los Angeles, w rodzinnym mieście. To 546 mil stąd, gdyż Sheila mieszkała w Redding. Cofnęła stronę, wróciła do przeglądania zdjęć, które naprawdę różniły się od siebie. Aktor miał szlachetne rysy gładko ogolonej twarzy, a jego szare oczy bystro wpatrywały się w obiektyw. Był ubrany w elegancki, czarny garnitur. Na innym zdjęciu widniała sama jego twarz. Tu doskonale prezentował przenikliwe tęczówki i uśmiech uzewnętrzniający rząd białych, pięknych zębów. Dziewczyna mimowolnie uśmiechnęła się na ten widok. Jeszcze na innej fotografii z koncertu, Aaron stał bokiem na scenie i śpiewał, trzymając tuż przy wargach mikrofon. Uniosła lekko brew.
Ciekawe, jakie ma piosenki?
Przeczesała palcami swe włosy. Zamknęła okienko ze zdjęciami i weszła w nowe. Dość prędko znalazła listę piosenek i albumy, jakie wydał. Na YouTube obejrzała jeden z najbardziej popularnych teledysków. Aaron siedział przy stole i nic nie robił, po prostu śpiewał.
Każdy na świecie wie, że bez miłości żyć nie da się. Wcześniej czy później dopadnie cię to uczucie co miłością się zwie. Bo miłość to uczucie, które łączy serca dwa. Kochać potrafi tylko ten, co miłość dobrze zna. Więc zakochaj się już i serce swoje oddaj jej, mu. Bo miłość to najwspanialszy stan i nigdy już nie bądź sam. Bo miłość to uczucie, które łączy serca dwa. Kochać potrafi tylko ten, co miłość dobrze zna.
Zaczęła słuchać innych utworów.
Miłość spotyka każdego, spotkała ciebie i mnie. Uczucie to jest niezwykłe. Motyle w brzuchu latają wciąż, cały świat różowy jest. Uczucie nie do opisania to miłość, może różowa, może czerwona, zawsze inna, niepowtarzalna. Uczucie dla serca jedyne… Miłość, zawsze mi była bliska, dawała poczucie radości. Lecz nigdy nie było tak samo, miłość zawsze była inna.
Piosenki króciutkie, ale Sheila musiała przyznać, że miał bardzo ładny głos, śpiewał z gracją. Przyjemnie się go słuchało. Po przesłuchaniu pięciu jego piosenek wyłączyła Youtube, chcąc teraz wejść na Facebooka. Mimo iż posiadała dwustu znajomych, tak naprawdę to byli powierzchowni znajomi ze szkoły, kilka osób z rodziny i pięć koleżanek, które poznała w szpitalu. Nikogo nie znała za dobrze i nie utrzymywała z nikim silnego kontaktu, a na co dzień jej jedynymi towarzyszami byli rodzice, babcia i ciocia. Tylko cztery osoby. Facebook służył dziewczynie głównie po to, by przeglądać różne informacje i wiadomości ze świata, co się dzieje w kraju, co słychać u jej ulubionych aktorów, piosenkarzy.
Internet to moje jedyne okno na świat, pomyślała z goryczą, patrząc na stronę główną swojego profilu. Tradycyjnie przejrzała profile swych idoli, czyli Ellie Goulding, Katy Perry, Linkin Park i A-ha, a następnie wyłączyła laptopa.

Przestąpiwszy próg białej sali szpitalnej, poczuła specyficzny zapach leków. Na widok nieprzytomnej osoby zrobiło jej się zimno i gorąco równocześnie. Niepewnym krokiem podeszła do łóżka i usiadła na krześle. Opuściła nisko głowę, zaś z oczu poleciały jej łzy. W pośpiechu otarła je dłonią, po czym skierowała smutny wzrok na dziewczynę, która była cała sina, a przy tej sposobności całkiem blada. Długie, krucze włosy kontrastowały z tą anemicznością i mogłoby się zdawać, iż one jedyne były „żywe”. Jej oczy niby uchylone niewiele widziały, straciły cały blask, energię. Z nosa wystawała rurka. Usta układały się całkiem wiotko. Nie reagowała na żadne bodźce. Podłączona do różnej aparatury podtrzymującej życie i ułatwiającej jej oddychanie sprawiała wrażenie bezbronnej, kruchej. Z kroplówek na wysokim stojaku leciały antybiotyki wprost do żył obu szczupłych rąk. Obok łóżka znajdował się przycisk na ścianie, by wezwać pielęgniarkę. Kobiecie zaczęły drżeć wargi. Odwróciła szybko głowę, by nie patrzeć na tak przykry widok. Dlaczego to się stało? Jak to możliwe?

Tydzień mijał za tygodniem. W życiu Sheili Jenkins nie wydarzyło się absolutnie nic ciekawego. Spędzała spokojnie czas w domu, słuchając muzyki i przesiadując w Internecie. To był już prawdziwy standard. Co jakiś czas wpadała w odwiedziny Heather, by trochę ją rozerwać za pomocą pizzy, rozmowy i żartów. Ojciec Sheili pracował jako mechanik samochodowy, matka nie pracowała, bo musiała zajmować się przez dwadzieścia cztery godziny osiemnastoletnią, jedyną córką. Pogoda nie sprzyjała do wyjściu na zewnątrz, toteż dziewczyna nie mogła przebywać na dworze z powodu choroby, z jaką zmagała się od urodzenia. Bywały takie dni, że naprawdę była uciążliwa, dawała się we znaki, sprawiała ból.
Choroba.
To jej przekleństwo.
Od lat chorowała na astmę, zapalenie płuc, oskrzeli, miała trudności z oddychaniem. Musiała codziennie się inhalować. Nie chodziła do szkoły, gdyż była narażona na infekcje ze strony dzieci, łatwiej się przeziębiała. Musiało upłynąć sporo czasu, aby wydobrzała ze zwykłej grypy. Jej organizm był słaby.
Początek kwietnia. Ranek. Koło dziewiątej Sheila obudziła się, doznając niesamowitego uczucia, jakim było szczęście. Jeszcze nigdy tak się nie czuła. Wspaniale. W żwawym tempie ubrała się, pościeliła łóżko i zbiegła schodami na dół. W kuchni siedziała tylko mama, która trzymała w dłoni kubek z kawą. Na dużym talerzu znajdowały się już różnego rodzaju kanapki. Phoebe i Sheila wymieniły między sobą słowa przywitania, a potem dziewczyna zasiadła do stołu naprzeciw rodzicielki. Widząc promienność malującą się na twarzy córki, Phoebe zagadała:
– Jesteś wesoła, coś ci się przyśniło?
Sheila spojrzała na nią i pokręciła przecząco głową. Wzruszyła ramionami.
– Nie. Po prostu mam dobry humor – obwieściła łagodnym głosem, sięgając po kanapkę z szynką.
– Aha. – Uniosła brew w górę, nie spodziewając się tak prostej odpowiedzi. Nie spuszczała oczu z jedynaczki, która zajadała się z apetytem. – A może pójdziemy dziś na spacer? Jest wyjątkowo ładna pogoda.
Sheila przełknęła kolejny kęs kanapki i pomału oblizała kąciki ust.
– Chętnie.
Phoebe upiła łyk ciepłej kawy, myśląc, co mogło wprawić dziecko w tak doskonały nastrój. Do tej pory owszem, Sheila była zadowolona na co dzień, ale nie aż tak. W jej oczach błyskały iskierki.
– Poznałaś kogoś w Internecie? – Zaintrygowana kobieta odstawiła ­kubek na blat.
Usłyszawszy to pytanie, szatynka wzięła w dłoń swój kubek z herbatą i upiła kilka małych łyczków, pragnąc nie pokazywać po sobie więcej pozytywnych emocji. Autentyczny powód wolała zostawić wyłącznie dla siebie.
– Nie. Obejrzałam wczoraj fajną komedię i mi się humor poprawił. – Postarała się, by zabrzmieć wiarygodnie.
Phoebe uwierzyła. Uśmiechnęła się tylko. Nie wdawała się więcej w szczegóły, nie było potrzeby. Jakże mogła nie wierzyć swojej kochanej córeczce? Przecież ona nie miałaby powodów do kłamstw. Ona była czysta, niewinna jak łza, zresztą jak większość niepełnosprawnych dzieci. Zmieniły temat na inny. Phoebe czuła, jak jej serce rosło. Z uradowaniem obserwowała, jak Sheila opowiadała entuzjastycznie o komedii i o pogaduszce z koleżanką na Facebooku.
Gdyby tak częściej się uśmiechała, przemknęło przez głowę matce. Chciała, żeby dziecko zapomniało o chorobie, o ciężkich momentach, przeżyciach, przez które przeszła, zajęło myśli czymś przyjemniejszym, weselszym.
Po śniadaniu Phoebe odwiedziła koleżanka, więc obie zajęły się pogawędką w salonie. Natomiast szatynka, rutynowo dysponując wolnym czasem, poszła do siebie na górę. Nie była zazdrosna o to, że mama miała koleżankę, a ona nie. W pełni rozumiała i akceptowała swoją sytuację. Pogodziła się już ze swym losem. Cieszyła się, że mama mimo nijakiego, bezbarwnego życia, miała kogoś, z kim mogła się spotkać, porozmawiać.
Sheila przez pół godziny czytała książkę „Zanim się pojawiłeś” Jojo Moyes. Lubiła takie romanse i lekkie powieści, dzięki nim mogła znaleźć się w innym świecie i zapomnieć o swoim codziennym, szarym życiu. Skończyła na szóstym rozdziale i odłożyła książkę na łóżko. Wstała. Z lekką obawą obróciła się do drzwi.
Mama ze znajomą pewnie dalej gadają.
Podeszła powolnym krokiem do biurka, na którym w centralnym miejscu stała fotografia oprawiona w złotą ramkę. Chwyciła ją i przybliżyła do swej twarzy. Na jej wargach uzewnętrznił się delikatny uśmiech.
– Kocham cię – wyszeptała czule, a następnie złożyła lekki pocałunek na zdjęciowym obliczu.
Potem przez długą chwilę wpatrywała się rozmarzona w zdjęcie. Przedstawiało Aarona Cartera.
Sheila obejrzała pięć odcinków serialu biograficznego „Carter” i była coraz bardziej zachwycona swoim idolem. Mogła uważnie śledzić jego losy w telewizji, poznawać go. Oglądała także parę wywiadów i filmów z jego udziałem, z czego filmy bardziej jej się podobały. Był utalentowanym aktorem i miłym człowiekiem, szkoda było jej, że zginął tak tragicznie.
Mógłby jeszcze pożyć, zadumała się, z czułością gładząc kciukiem twarz Aarona na fotografii. Odłożyła ją na miejsce i położyła się na łóżku, powracając myślami do swojego snu. Miała taki wspaniały humor, bo przyśnił jej się Aaron. Po raz drugi. W pierwszym śnie widziała tylko jego twarz. W drugim, dzisiejszej nocy przytulali się, rozmawiali, śmiali. To były tak realne sny, jakby aktor był obok niej. Teraz, w tym pokoju ewidentnie czuła jego obecność. Nie tylko z powodu zdjęcia i jego książkowej biografii, którą kupiła tydzień temu, ale również wyobrażała sobie, że znajduje się w powietrzu. Szatynka uznała to za dobry znak. Obróciła się, ułożyła na brzuchu tak, iż teraz była przodem skierowana do biurka. Wydobyła z siebie ciche westchnięcie, gdy jej wzrok spoczął na zdjęciu Cartera. Miała jeszcze trzy inne jego zdjęcia schowane w albumie, by nikt ich nie widział. Wystarczy że rodzice czy ciocia będą widzieć to jedno, niepozorne.
Trzy dni później. Druga w nocy. Phoebe i Liam smacznie spali w swoim małżeńskim łożu w pokoju obok. Sheila ocknęła się, wybudzając się ze snu. Tym razem na jej twarz wstąpiły rumieńce. Podniosła się do pozycji siedzącej. Zarumieniła się na myśl o tym, co jej się przyśniło. Nie dziwiła się temu wcale, bo wczoraj dużo o tym myślała. W jej głowie huczała tylko jedna refleksja. Wstała z łóżka i otoczona ciemnością podeszła do drzwi. Czując chłodek, lekko zadrżała. Jej ciało przyzwyczajone do kołdry domagało się ciepła. Nie mogła teraz pójść zwyczajnie spać. Nie mogła.
Jak będzie?
Na palcach wyszła na korytarz, po czym zbliżyła się do drzwi sypialni rodziców. Uchyliła je, sprawdzając, czy na pewno śpią. Spali w najlepsze. Teraz była spokojna. Najciszej jak tylko potrafiła, zeszła na dół. Emocje uderzały jej już do skroni. Skierowała się do malutkiego pokoju na końcu korytarza. Był przeznaczony dla gości. Kiedyś korzystał z niego schorowany dziadek Sheili, gdy tutaj mieszkał. Wymagał stałej opieki, więc Liam wziął go pod swój dach, by móc codziennie się nim zajmować. Później staruszek zmarł, więc pokój opustoszał.
W tej ciszy słyszała tylko dudnienie swojego serca. Weszła do pokoiku. Zamknęła za sobą drzwi, przełykając nerwowo ślinę. Przekręciła zamek. Kiedy tylko uświadomiła sobie, co za chwilę się stanie, zagryzła dolną wargę. Podeszła do pojedynczego łóżka, ostrożnie stawiając w mroku kroki. Obawiała się zapalić główne światło. Zapaliła tylko te nikłe czyli przy szafce nocnej. Musiała się pospieszyć. Rzadko kiedy rodzice tu zaglądali, więc trzymała niektóre z cennych skarbów w ostatniej szufladzie przy łóżku. Kucnęła, otworzyła ją, wyjęła fotografię. Usiadła przodem do drzwi na brzegu łóżka przykrytego brązowym kocem. W słabym blasku światła patrzyła na twarz mężczyzny. Odłożyła zdjęcie na moment. Czując adrenalinę płynącą w żyłach, błyskawicznie ściągnęła dół swojej piżamy, rzuciła na podłogę. Jej kąciki warg uniosły się w lekkim uśmiechu.
Teraz to zrób… Tak bardzo tego pragniesz…
Usadowiła się głębiej, wygodniej na łóżku, mocno rozchylając uda. Złapała zdjęcie w lewą dłoń i uparcie wpatrując się w Aarona Cartera, prawą dłonią sunęła ku miejscu między rozszerzonymi nogami.
Nie miała żadnego doświadczenia. Rodzice uważali, że skoro była chora i zamknięta w domu, nie miała prawa myśleć o takich kosmatych, niemoralnych rzeczach. A ona od tamtego momentu, gdy zafascynowała się Aaronem, zaczęła interesować się masturbacją, o której dużo czytała w Internecie. To dla niej nowy stan, którego nie doświadczyła w życiu, gdyż nigdy nie miała chłopaka. Teraz czuła się… zakochana. Tak. To najwłaściwsze słowo. Zakochana.
Jej oddech zamarł, gdy palec wskazujący dotarł do wąskiej pochwy. Zatrzymał się tuż przy wejściu. Nagle do jej uszu dotarł dziwny dźwięk. Białe zasłony poruszyły się, a drzwi z lewej, na tyłach domu otworzyły na oścież, wpuszczając ogromną falę zimnego powietrza. Szatynka cofnęła szybko prawą rękę, poczuła gorąc na twarzy, dostrzegając ciemną, wysoką postać powoli idącą w jej stronę. Upuściła fotografię Cartera na podłogę.
– O Boże… – wyszeptała, zwężając do siebie uda i próbując tym osłonić swą kobiecość.
Jej smukłym, półnagim ciałem wstrząsnęły dreszcze. Postać leniwie szła na wprost. Panna Jenkins nie mogła zobaczyć twarzy, włosów, tylko tę długą sylwetkę. Cofała się na łóżku, aż do momentu kiedy plecami oparła się o ścianę. Postać stanęła tuż przed łóżkiem naprzeciwko, a ona prędko wsunęła się pod koc, szczelnie ukrywając swą nagość.
– Zostaw mnie… proszę… nie rób mi krzywdy… – Głos Sheili przypominał żałosny skowyt.
Po prawej miała zamknięte drzwi, po lewej otwarte.
Co robić?
Chwyciła za poduszkę, obejmując ją mocno i wbijając drżące palce w miękki materiał, jakby on był jedyną obroną. Wpatrywała się z przerażeniem w tajemniczą postać tkwiącą nieruchomo w miejscu, zdającą się być niczym niezainteresowaną. Z tej perspektywy, w świetle lampki nocnej dziewczyna widziała czarną maskę i czarny ubiór. Człowiek był cały czarny od stóp do głowy. Od razu zrozumiała, kto to jest.
Złodziej.
– Mamo! Tato! – krzyknęła na całe gardło, chcąc spłoszyć złodzieja.
Zero reakcji ze strony obcego. W tym momencie przez otwarte drzwi do pokoju wszedł jeszcze ktoś. Serce Sheili zawaliło dwa razy mocniej na widok mężczyzny, którego w mig rozpoznała.
– Pomóż mi… – wyszeptała, wyciągając ręce do niego i jednocześnie odrzucając poduszkę.
Spojrzał na nią życzliwym wzrokiem, unosząc jedną brew w górę, jak to miał w zwyczaju. Nie zwracał najmniejszej uwagi na ciemną postać, która odsunęła się na bok.
– Pomogę ci. Chodź za mną. – W jego tonie głosu zabrzmiała łagodna nuta.
Wiedziona ciekawością i serdecznością Sheila wstała, ufając bezgranicznie swemu wybawcy. W pierwszym odruchu zarumieniła się na policzkach, kiedy mimo woli popatrzył na jej wzgórek łonowy. Zaraz potem uzmysłowiła sobie, iż był jej chłopakiem. Miał prawo do takiego widoku.
Może akurat mu się spodobam?
Wyciągnęła do niego prawą rękę, a on delikatnie ją ujął, zbliżył do swych ust, po czym złożył na wierzchu dłoni czuły pocałunek, patrząc jej uważnie w oczy. Strach i trema dziewczyny zniknęły całkiem, zamiast tego pojawiły się pozytywne uczucia – bezpieczeństwo, spokój, miłość. Czuła się przy nim błogo.
– Gdzie idziemy? – zapytała cicho, dziwiąc się jeszcze, że rodzice się nie zjawili.
Z drugiej strony cieszyła się, że się nie obudzili, bo teraz liczyła się tylko ona i on. Posłał jej ciepły uśmiech, pod którym prawie się rozpływała. Podszedł z nią do miejsca, skąd płynęło zimno. Wskazał na przestrzeń za otwartymi drzwiami. Wyszeptał jej do ucha:
– Chodź…
Jej spojrzenie powędrowało we wskazanym kierunku. Posłusznie udała się za nim, nie zwracając uwagi na to, że jest półnaga. Milczeli. Gdy znaleźli się na chodniku przed ulicą i na nim stanęli, odwróciła się przodem do niego. Wokół panowała ciemność rozjaśniona jedynie blaskiem latarni. To nie przeszkadzało jej, by zerknąć z tkliwością w twarz drogiego chłopaka. Nie bała się go, nie miała czego. Właśnie spełniło się jedno z jej największych marzeń. Spotkała się z nim.
– Chciałabym cię pocałować – oznajmiła cicho nieświadoma niepowagi sytuacji.
To, co się wydarzyło chwilę potem, trwało raptem kilka sekund. Wszystko zmieniło się w ekspresyjnym tempie. Popatrzył na Sheilę wzrokiem pełnym figlarstwa i nic nie odpowiadając, stanął tuż za nią. Z całej siły popchnął ją na ulicę. Nie zdążyła się obronić. Nie tego się spodziewała! Przecież się kochali!
– Co robisz…? – jęknęła z bólu, próbując podnieść się na kolana.
Aaron Carter cofnął się w pośpiechu, chowając się za wysokim, rozłożystym drzewem, aby nikt nie mógł go zauważyć. Obserwował ze stoickim spokojem, jak zbyt prędko jadące auto potrąciło dziewczynę i jak jej bezwładne ciało poszybowało w górę. Wylądowało kilka metrów dalej na ziemi. Już nie wstała. Straciła przytomność.

Przy szpitalnym łóżku siedziała zmęczona Phoebe Jenkins, czule obejmując dłoń córki. Jej zawsze uniesione w uśmiechu kąciki ust były niewyraźne. Piskliwy, zdawkowo uwalniany przez aparaturę dźwięk przecinał ciszę, a jego systematyczność, doprowadzając do szaleństwa, jakby kołysała Sheilę do snu. Jej głęboko osadzone oczy, tak samo ciemne i otoczone krótkimi rzęsami, dziś zdawały się niknąć.
Phoebe zastanawiała się nad tym, czy jej dziecko chciało popełnić samobójstwo. Dwa tygodnie temu jej świat przewrócił się do góry nogami. Tamtej feralnej nocy obudził ją stłumiony krzyk z dołu. Miała wyostrzone zmysły, nic dziwnego, przez tyle lat czuwała codziennie nad córką, dbała o nią, tak bardzo drżała o jej zdrowie, życie. Szybko obudziła Liama i oboje pobiegli na dół. Szukali na parterze córki, dopiero po przeszukaniu paru pomieszczeń weszli do dawnego pokoiku dziadka. Lampka nocna, otwarte drzwi prowadzące na tyły domu oraz leżąca na podłodze poduszka i dół od piżamy dziecka rozbudziły w nich niepokój. Jak na komendę wybiegli z domu, zaczęli biec w stronę ulicy, gdzie zastali okropny widok. Nieruchoma, naga od pasa w dół Sheila leżała na plecach na pustej drodze wśród blasku ulicznych latarni. Przed nią klęczał kierowca samochodu, który ją potrącił. Reanimował ją, masując z intensywnością serce. W tym czasie karetka zjawiła się na czas. Zabrała bladą dziewczynę do szpitala. Na miejscu postanowiono wypłukać żołądek, sprawdzić, czy czymś się nie zatruła. Phoebe i Liam siedzieli na korytarzu, czekali na wieści.
– Państwa córka jest w śpiączce w ciężkim stanie. Zatruła się acodinem. Wzięła za dużą ilość. To powoduje halucynacje i stany euforyczne. Grozi to zatruciem, a nawet śmiercią, ale próbujemy ją ratować. Miała urojenia, więc być może przez przypadek wpadła pod samochód. Nie wykazano oznak gwałtu, ale to nie oznacza, że go nie było – tłumaczył z opanowaniem, podczas gdy, rodzice słuchali go z wielkim przejęciem.
– Ale przeżyje? – Matce załamał się głos, a jej oczy zaszkliły się na nowo łzami.
– Trzeba mieć nadzieję.
Gdy odszedł, małżeństwo przytuliło się. Chłonęło nawzajem swój ciepły dotyk, jakby to było najlepsze lekarstwo na świecie.
– Powiedz, że wyjdzie z tego… nasze maleństwo… – Chlipała w brązowy sweter męża.
Kołysał ją i na przemian głaskał włosy w geście pocieszenia.
– Wyjdzie z tego, zobaczysz. To silna dziewczyna… Wyszła z tylu przeziębień, to i z tego wyjdzie… – mówił aksamitnym głosem, nie wypuszczając z silnych objęć ukochanej oraz zapewniając jej ukojenie.
Żadne z nich nie myślało na razie o tym, czy ich jedyna, droga córka chciała się zabić, czy nie. Najważniejsze było, żeby obudziła się, żeby wyzdrowiała. Nawet nie chcieli sobie wyobrazić, co by było, gdyby jej teraz zabrakło.

Miłość spotyka każdego, spotkała ciebie i mnie…
Bo miłość to najwspanialszy stan i nigdy już nie bądź sam. Bo miłość to uczucie, które łączy serca dwa…

Pewnego dnia powolnie otwarła powieki, a do jej pola widzenia dostał się blask, tak mocny, iż musiała zamknąć oczy. Nie potrafiła wydobyć z siebie żadnego głosu. Spróbowała otworzyć oczy, tym razem udało jej się przyzwyczaić do światła. Wpatrywała się tępym wzrokiem w sufit, nie mogąc wykonać jakichkolwiek ruchów. Była taka słaba. Jej rodzice nie posiadali się ze szczęścia, strasznie cieszyli się, że ich ukochane dziecko wreszcie się ocknęło z tak długiego snu. Phoebe płakała, a były to łzy szczęścia, który wypływały z jej oczu w coraz większych ilościach.

Samopoczucie fizyczne Sheili z dnia na dzień stawało się coraz lepsze, natomiast psychiczne nie uległo poprawie. Zamknęła się w sobie. Siedziała cały czas w swoim pokoju, mało jadła i nie chciała z nikim rozmawiać, a na pytania rodziców odpowiadała półsłówkami.
Nie pamiętała chwili, kiedy wpadła pod samochód, pamiętała jedynie, że przed snem brała jakieś leki, a potem położyła się spać. Obudziła się raptem w nocy i poszła do małego pokoju na dół, aby onanizować się. W pewnym momencie nieświadomie wyszła na ulicę, nie miała pojęcia, co ją do tego skłoniło.
Teraz panna Jenkins stała się cichą, bojącą się własnego cienia dziewczyną. A to z powodu Aarona Cartera. Wyrzuciła wszystkie jego zdjęcia. Nienawidziła go. Nienawidziła za to, że zniszczył jej życie. Jej stan ducha. Czuła się brudna, zszargana psychicznie. Przez niego. W końcu to dzięki niemu prawie zasmakowała zakazanego owocu.
Rodzice nie znali powodów, dla których dziecko otoczyło się niewidzialną barierą, nie mogli się przez nią przebić. Sheila milczała jak zaklęta na ten temat. Nie dość, że była wciąż niepełnosprawna, to jeszcze pojawiła się depresja. Państwo Jenkins nie zgłaszali córki na terapię psychologiczną, pragnęli sami znaleźć złoty środek na jej chandrę.
Pod koniec czerwca Heather wyciągnęła Sheilę na spacer. Z początku spotkała się z wielkim protestem, jednak dziewczyna po kilku prośbach poddała się. Nie miała już siły na wszelkie kłótnie z upartą ciotką, która przypominała brzęczącą wokół uszu osę. Wolała mieć ją z głowy. Obie wyszły do parku rankiem, podczas kiedy Phoebe i Liam mieli nadzieję, że ich córeczka wróci ozdrowiona ze spaceru i że piękne słońce oraz bezchmurne niebo odmieni jej nastrój. Jakby tylko pogoda miała wpływ na emocjonalność.
Cała droga przebiegła w napiętym milczeniu. Heather, rudowłosa trzydziestolatka o grubej kości i piegach na twarzy, zazwyczaj wygadana i przebojowa, bała się zagadywać Sheilę. Cieszyła się, że w ogóle zdołała ją jakoś nakłonić na krótką przechadzkę.
Pierwsze, co uderzyło je po wejściu to ogrom zieleni. Drzewko wiśniowe mieniło się różowymi kwiatami w słoneczne dni, takie jak dziś. Duża wierzba, ginąc w półmroku, przybierała różne, ciekawe kształty. Pomiędzy rozłożystymi drzewami w cieniu stały pomalowane na brązowo ławki, na których odpoczywało wielu ludzi. Równo przycięta trawa zieleniła się soczyście. W samym środku stała fontanna średniego rozmiaru. Znajdował się tu plac zabaw dla dzieci oraz polanka otoczona siatką, gdzie psy mogły swobodnie się wyhasać.
Usiadły na wolnej ławce. Heather rozglądnęła się dookoła. Zakochana para szła alejką, trzymając się za ręce. Rodzice obserwowali swoje dzieci bawiące się w pobliżu. Staruszkowie czytali gazety lub rozmawiali ze sobą. Sheila miała spuszczoną głowę, wpatrywała się z obojętnością w ziemię. Bariera nadal ją otaczała. Heather spostrzegła stojącą niedaleko budkę z lodami. Zerknęła na swą siostrzenicę.
– Kupić ci loda? – Odważyła się w końcu spytać łagodnym głosem, mając nadzieję, iż uzyska zgodę.
– Nie. – Padła cicha odpowiedź.
Czego innego mogłam się spodziewać? Że ucieszy się lodem? To nie mała dziewczynka, stwierdziła w duchu kobieta. Cicho westchnęła, a potem wysiliła się na niepokaźny uśmiech.
– Poprawi ci się humor, jak zjesz czekoladowe. Twoje ulubione. – Postawiła na swoim, chcąc za wszelką cenę jakoś rozweselić ponurą szatynkę, a akurat innego pomysłu nie miała.
Dziewczyna tylko wzruszyła ramionami, uporczywie patrząc teraz na swoje nieumalowane paznokcie. Naprawdę było jej wszystko jedno. Cały świat ją nie obchodził. Czuła się skrzywdzona, zdeptana, zhańbiona. Skrzyżowała ramiona na piersi, przedstawiając swoje zdanie. Chwilę potem odwróciła głowę w drugą stronę, by nie patrzeć na cioteczkę kupującą lody.
Myśli, że załatwi sprawę lodami…
W tym momencie siedziała sama na ławce. Nieoczekiwanie do jej uszu dotarł odgłos nadchodzących kroków. Pełna obaw prędko podniosła głowę. Zarejestrowała czujnym wzrokiem osobę.
Był to szczupły chłopak o jasnych niczym słoma, równo ułożonych włosach i błękitnych tęczówkach, które wyrażały spokój. Miał mniej więcej dwadzieścia osiem lat, ale przez łagodne, subtelne rysy twarzy i brak zarostu sprawiał wrażenie znacznie młodszego. Przystojny, drobny człowieczek na wstępie wzbudzał zaufanie, ale na pewno nie jej.
Sheila powędrowała wzrokiem gdzieś w dal, chcąc zniechęcić do siebie nieznajomego, jednakowoż po chwili nadal czuła na sobie jego zaciekawione spojrzenie. Znów popatrzyła na niego z niepewnością. Stał naprzeciw niej w tym samym miejscu.
Czego on ode mnie chce? Czemu sobie nie idzie?
Uśmiechnęła się lekko zakłopotana, a on uznał to za dobry znak. Zbliżył się o dwa kroki do przodu.
– Mogę się przysiąść? – Ton jego aksamitnego głosu wyrażał życzliwość.
Była zdziwiona tym pytaniem. Czy zrobi jej coś złego? Zawahała się. Trzymała się do tej pory na dystans z ludźmi, nie dopuszczała ich do siebie. Nie po tym, jak ucierpiała przez Aarona Cartera. Była napalona na dojrzałego mężczyznę, w dodatku zmarłego. Okropne! Wstydliwe! Chciała o tym zapomnieć. Gdyby nadal unikała kontaktów ze społeczeństwem, byłaby zamknięta w swojej klatce emocjonalnej. I tak była więziona fizycznie przez chorobę. Nie da się jednak unicestwić całkowicie.
Zmarły przyniósł mi pecha, a żywy? Kto wie? Spróbuję…
Podjęła decyzję.
– Tak.
Blondyn usiadł ostrożnie obok niej. Milczeli, jakby spłoszeni swą obecnością. Nieśmiałość zżerała ich oboje. Po chwili postanowiła pierwsza przerwać ciszę.
– Jestem Sheila – powiedziała szeptem.
Wyciągając powoli prawą rękę w jego stronę, nie spuszczała oczu z jego twarzy. Uścisnął lekko dłoń nowo poznanej dziewczyny, obdarzając ją ciepłym, uroczym uśmiechem.
– Mam na imię Ridge.
 
     
Gelsomina 
Autor/ka zasłużony/a



"Złotych Pietruch": 3
"Srebrnych Pietruch": 4
"Brązowych Pietruch": 4
"Wierszy miesiąca": 1
"Najlepsza proza": 4
Dołączyła: 17 Lip 2014
Posty: 3439
Skąd: Łódź
Wysłany: 2017-08-09, 22:18   

Nie przeczytałam calości, ale na pewno wrócę :)
Moim zdań tekst wymaga wielu poprawek. Niektóre zdania do przebudowy na przykład początek...
Sovbedlly napisał/a:
Nagle z sali wyszli lekarze, prowadząc łóżko, na którym leżała dziewczyna. Była zupełnie sina i blada, podłączona do kroplówek, jej ciało nie okazywało oznak życia. Kobieta podbiegła do niej. Mówiła cicho, aby tamta się wybudziła, gładząc ją po kredowym policzku. Lekarze wymieniali między sobą słowa dotyczące stanu zdrowia chorej. Mężczyzna odciągnął kobietę od łóżka, zaś ona jeszcze z wyciągniętą ręką pokazywała w stronę, gdzie łóżko z szatynką już odjechało.


Poza tym teksty piosenek można zaznaczyc kursywą.
Scena w łazience dość nudna i wspominanie kilka razy o monotonii życia rodziny.
Akcji przydałoby sie przyspieszenie.

Pozdrawiam i niebawem wrócę :)
_________________
Poezja najbardziej raduje, wtedy, gdy się ją rozumie tylko ogólnie, a nie całkowicie*
  
 
     
vendetta 
Autor/ka


Wiek: 28
Dołączyła: 28 Lut 2016
Posty: 190
Skąd: Białystok
Wysłany: 2017-08-10, 12:29   

A ja przeczytałam całość. Zgodzę się z Gelsi co do poprawek. Po za tym intrygujący ten zmarły aktor ;) a zakończenie powoduje pytania jak ta historia potoczy się dalej.
_________________
A na drugie mi Nieobliczalna
 
     
Gelsomina 
Autor/ka zasłużony/a



"Złotych Pietruch": 3
"Srebrnych Pietruch": 4
"Brązowych Pietruch": 4
"Wierszy miesiąca": 1
"Najlepsza proza": 4
Dołączyła: 17 Lip 2014
Posty: 3439
Skąd: Łódź
Wysłany: 2017-08-10, 13:32   

I wróciłam, doczytałam do końca. :) Ciekawy pomysł na opowiadanie. Uważam, że jeśli je dopracujesz, będzie się czytać z zapartym tchem.
W kazdym razie zaintrygowałas losami bohaterki, choc nieco drażni mnie nazywanie jej często szatynką. Chętnie przeczytam o dalszych jej losach.

Sovbedlly napisał/a:
Ona była czysta, niewinna jak łza, zresztą jak większość niepełnosprawnych dzieci. Zmieniły temat na inny. Phoebe czuła, jak jej serce rosło. Z uradowaniem obserwowała, jak Sheila opowiadała

W tym fragmencie dużo jaków*

Sovbedlly napisał/a:
na zdjęciowym obliczu
zdjęciowe oblicze? :hmm:

[quote="Sovbedlly"]zarumieniła się na policzkach,
chyba bez policzków.

Sovbedlly napisał/a:
zwężając do siebie uda

jakoś mi nie brzmi poprawnie ten zwrot, moze zbliżając?

Sovbedlly napisał/a:
Trzymała się do tej pory na dystans z ludźmi, nie dopuszczała ich do siebie.

trzymać dystans a nie dopuszczać do siebie, to to samo. Trzymała się do tej pory na dystans do ludzi.**

Zacytowałam tych kilka miejsc, ale jest ich niestety więcej do poprawy.
Pozdrawiam :)
_________________
Poezja najbardziej raduje, wtedy, gdy się ją rozumie tylko ogólnie, a nie całkowicie*
 
     
Tajfumerang 
Autor/ka z pewnym stażem...


"Najlepsza proza": 1
Wiek: 23
Dołączyła: 27 Mar 2016
Posty: 379
Wysłany: 2017-08-10, 20:18   

Cytat:
Weszła do łazienki, uprzednio zamykając za sobą drzwi na zamek.

Zamknęła na klucz drzwi do swojego pokoju i poszła do łazienki, czy najpierw zaryglowała drzwi łazienki, a dopiero potem weszła do niej?
Cytat:
szczególnie widoczne pod oczami i szerokim czołem.

Pod szerokim czołem, czy na szerokim czole?
Cytat:
Pogoda nie sprzyjała do wyjściu na zewnątrz, toteż dziewczyna nie mogła przebywać na dworze z powodu choroby, z jaką zmagała się od urodzenia.

Coś chyba lekko dolega dla tego zdania.
Cytat:
rutynowo dysponując wolnym czasem

Fajne.

To tak na przykład. Trochę popraw. Temat uwięzienia w domu przez chorobę ciekawy. Fragmenty o monotonii życia dziewczyny trochę ciężko się czyta, wolna akcja (choć co prawda podkreślają jej sytuację). Ale mogłaby się zająć czymś bardziej twórczym, np. puzzlami albo szkicowaniem czy graniem na instrumencie, żeby nie zwariować (podejrzewam też, że jakąś szkołę musi zaliczyć, przynajmniej korespondencyjnie).
Straszny dzieciak z tej szatynki - bo oczywiście za jej depresję i całe zło świata odpowiada dawno zmarły aktor, który nie miał pojęcia o jej istnieniu, a ona niewinna, czysta jak łza.
Po zakończeniu mam wrażenie, że jej depresja zniknie raz dwa. Przeczytam kontynuację :)
_________________
Jutro będzie lepiej
 
     
Sovbedlly 


Dołączyła: 04 Sie 2017
Posty: 7
Skąd: Polska
Wysłany: 2017-08-12, 13:57   

Dziękuję za ocenę i wskazanie błędów, na pewno zastosuję się do Waszych rad i skoryguję je. Jeszcze raz zasiądę do tekstu i postaram się poprawić go wedle Waszych wskazówek.
Kontynuacji opowiadania nie będzie, nie mam jej nawet w planach. To krótka, jednoczęściowa historyjka. Teraz zabieram się za pisanie czegoś innego.
  
 
     
elafel 
Moderator



"Złotych Pietruch": 6
"Srebrnych Pietruch": 7
"Brązowych Pietruch": 8
"Kryształowych Dyń": 1
"Wierszy miesiąca": 11
"Najlepsza proza": 6
Najciekawsza publicystyka: 1
Wiek: 63
Dołączyła: 16 Lis 2007
Posty: 12157
Skąd: Poznań
Wysłany: 2017-09-06, 17:16   

Trudno nie zgodzić się z Gelsominą, że akcja aż się prosi, żeby ją przyśpieszyć.
Przedmowa zbyteczna, bo tu wszyscy wstawiamy dla oceny.
Obiecałaś poprawienie tekstu, a jednak nie widać tego. Proszę o poprawę, bo inaczej będę musiała przenieść do archiwum, a tego bym nie chciała.
_________________
Ela
 
     
Dany 
Administrator



"Złotych Pietruch": 2
"Srebrnych Pietruch": 7
"Brązowych Pietruch": 6
"Kryształowych Dyń": 1
"Wierszy miesiąca": 12
Wiek: 68
Dołączyła: 21 Kwi 2011
Posty: 12245
Skąd: Poznań
Wysłany: 2017-10-09, 00:13   

Opowiadanie niepoprawione.
Jeśli autorka zgłosi chęć poprawienia, to opowiadanie zostanie przywrócone do roboczych.
_________________
Oczekujesz komentarza do swojego utworu - inni także oczekują tego od Ciebie.
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group