Fraszkowym Królem został Rafał Bardzki

Limerykowym Królem zostały dwie osoby: Antonella oraz echo

Tytuł Najciekawszego Opowiadania zdobył utwór: - Muuuuuuuuuuuu autor Gelsomina

Wierszem Miesiąca został utwór: Zwiędły liść autorstwa Gelsomina

Tytuł Najpiękniejszego Wiersza o Jesieni zdobył utwór: jesiennie autorstwa Antonella

Zapraszamy do konkursu o Złotą Pietruchę w temacie: PUŁAPKA

Zapraszamy do konkursu na wiersz tematyczny: ŚWIĘTA

Zapraszamy do głosowania o : Kryształową Dynię




Poprzedni temat «» Następny temat
Przesunięty przez: elafel
2018-11-08, 22:42
Bałagan
Autor Wiadomość
KHelbig 
Autor/ka


Wiek: 30
Dołączył: 12 Sty 2018
Posty: 20
Skąd: Northampton
Wysłany: 2018-10-07, 10:55   Bałagan

Odłamki szkła przecinały pogardliwie gwiżdżące powietrze. W zwolnionym tempie oszukiwały sekundy, wirując ospale wśród kropel krwi i pocisków. Postrzelone ramię pozostawiało za sobą cienką strużkę czerwieni, mierzącą wprost na dach czarnego SUV-a. Bezlitosna grawitacja ciągnęła Detektywa w dół z siłą, zaprzeczającą prawom logiki. Chwilę przed wielkim wyjściem zobaczył otwierane kopnięciem drzwi, dwóch mężczyzn w ciemnych płaszczach. Pewnie trzymali swoje połyskujące, dymiące Glocki, sugerując, że są doświadczonymi strzelcami. Nie byli amatorami, wiedzieli doskonale co i komu robią.
Potem już było tylko oddalające się okno, błyszczący deszcz odłamków oraz kul. Zdziwiony, jak znalazł się w tym położeniu, otoczony przez tak zaszczytne grono trupów i psychopatów, właśnie miał skończyć upadek. Nic nie zwiastowało wzlotu.
W momencie gdy blacha spotkała plecy, czas przestał się ociągać i dramatycznie przyspieszył. Otępiające zbliżenie odebrało dech w piersiach, uszkadzając niektóre z narządów wewnętrznych. Nie mógł pozwolić sobie na dogłębną analizę, skoro z okna mierzono go wzrokiem obu muszek. Najszybciej jak potrafił, zgramolił się z drogiego, już bezużytecznego samochodu, który prawdopodobnie uratował mu życie. Od momentu pobudki w mieszkaniu, szkło zostało głównym elementem otaczającego pejzażu. Podzielone, popękane czy uformowane, zdawało się sygnalizować, że od skrajności dzieli jedynie cienka, krucha warstwa.
Zamroczony i wciąż pijany musiał biec. Na sekundę przestać trzymać jedną stopę na ziemi, zacząć się unosić, przebierając nogami. Udało się dopiero po drugim upadku. Pierwszy zostawił czerwony stempel krwi na zaśmieconym chodniku, kolejny na ścianie kamienicy. Rana krwawiła obficie jak róg Amaltei frykasami. Ból głowy, pleców, ramienia, nóg, a nawet ten Werterowski, otępiały ciało kuksańcami bolesnych bodźców, przy każdej próbie złapania pionu. Fundamenty drżały w posadach, ściany topniały czerwienią, filary nie sięgały sufitu, który przeciekał strumieniem przekleństw.
Zostawiał za sobą karmazynowy szlak ocierając się o pobliski mur. Jak w grze w podchody chciał zmienić kierunek, zmylić, oszukać – wszystko na próżno, nie był dziś sobą.
Spadające pociski zostawiały ołowiane nasiona w betonie, momentalnie kiełkujące kurzem oraz dymem. Czas naglił, nie było go dostatecznie dużo, by podziwiać ten nadnaturalny cud.
Musiał się dostać do alejki za rogiem. Schować i odsapnąć, potem ruszyć dalej. Brakowało około pięciu metrów zanim będzie mógł spojrzeć za siebie. Kulejąc i postękując, przecierał spocone czoło rękawem, plując w brodę z wycieńczenia i lekkomyślności. Za węgłem oparł się o ścianę. Chciał zapalić, ale chwila nie wydawała się odpowiednia. Parę sekund i strzelcy zbiegną na dół, żeby kontynuować pościg pieszo.
Kim byli? Bez znaczenia. Mógł przebierać we wrogach, jak stonoga kończynami. Do głowy nie przychodziła żadna znajoma osoba, która chociaż zastanowiłaby się nad wysłaniem świątecznej kartki bez gróźb. Łeb pęczniał od dzikich ryków pustki. Nie wiedział co robić, dlatego ruszył wzdłuż alejki. Czuł jak traci czucie w palcach, zaczynało brakować krwi oraz tchu.
Zwężająca się wizja pulsowała ciemnością, a każde mrugnięcie trwało coraz dłużej. Trzymając krwawiące ramię pełzł truchtem narkoleptyka. Miał wrażenie, że zasypia na ułamek chwili, by obudzić się parę centymetrów dalej. Rozrzedzona alkoholem krew uciekała jak patrioci z Korei Północnej.
Nagle mur, o który się opierał, przestał współpracować, skręcając gwałtownie w prawo. Detektyw, zaskoczony tym rozstaniem, zatoczył się na ulicę, po której akurat wędrowały światła nędznego wozu. Bezceremonialnie podszedł do drzwi pasażera, szarpnął za klamkę i wyrzucił z siedzenia zatroskaną, a teraz już oburzoną staruszkę. Wpadł do środka i ruszył z piskiem opon, poruszony adrenaliną oraz kolejną salwą z Glocków.
Nie wiedział dokąd jedzie. Przez chwilę był wolny, śmiejąc się do rozpuku, kiedy widział oddalające się sylwetki strzelców. Mina zrzedła mu niczym cygańska benzyna, kiedy zrozumiał, że nie ma dokąd uciekać. Było tylko jedno miejsce, do którego mógł się udać, spróbować zaskoczyć samego siebie, wierząc, że to coś rozwiąże.
Utrzymanie pojazdu na jednym pasie okazało się wymagającym zadaniem. Co rusz słyszał zgrzytliwy pisk blachy, głaszczącej zaparkowane auta swoimi polakierowanymi pazurami. Lekkie odbicie na bok i już znów był na odpowiedniej stronie jezdni. Szlak zniszczeń, który pozostawiał, nie przyniesie niczego dobrego. Ślady ciągnęły się za nim, jak pielgrzymka za proboszczem
Ciekawskie spojrzenia pojawiały się w oknach zbyt późno, by wyrazić oburzenie na czas. Notowały jedynie roztrzęsione uderzenia metalu, rozbujane delirium kruszonej estetyki projektantów nadwozi z całego świata.
Budynki zmywały się w jedną całość. Dygotały uporczywie, rozmazując zakręty oraz alejki, zacierając niejasną granicę między wehikułami, a przechodniami. Tych drugich nie pojawiło się zbyt wiele, chociaż nieliczni stanowili zagrożenie, przede wszystkim dla siebie.
Poruszał się za szybko. Niestety, konsekwencje, które czaiły się gdzieś za rogiem były o wiele poważniejsze, niż mandat. Nie czuł się najlepiej. Ataraksja pojawiła się tylko w połowie, wychylając czubek ogromnego, wścibskiego nosa, pozwalając zrozumieć, że nie warto teraz bać się śmierci. Analizowanie sytuacji pod względem cnoty, nie mogło niczemu służyć.
Próbując nie zemdleć, kurczowo trzymał kierownicę, widząc w niej oparcie, którego tak bardzo potrzebował. Zuchwale założył, że SUV był własnością niedoszłych zabójców, dlatego zwolnił. Rozsądek kazał skończyć grę w podchody i przestać rysować lakierową kredą strzałki na trasie, którą niezmordowanie podążał. Dokąd? Wiedział, że jedzie do Eligiusza P.
Zakrwawiony, obdarty, wykończony, a przede wszystkim beznadziejny. Prezentował się wyśmienicie jak ekskluzywny kawior na szpadlu gówna. Wygląd nie miał znaczenia! Zawartość koperty wręcz przeciwnie. Zagadkowa korespondencja straciła na ważności w tych ostatnich godzinach. Potwierdził jej obecność w kieszeni szybkim ruchem postrzelonego ramienia. Papier zaszeleścił od pacnięcia, wygrywając krótką, anielską arię zbawienia, kontrastując z piekielnym bólem. Dygotał z zimna, rozumiejąc, że rana nie przestaje buchać ciepłem na zewnątrz. Krew krzepła i pękała przy skrętach kończyn i zakrętach. Rozszarpane ramię wsysało strzępy płaszcza, które boleśnie odlepiały się od wybrakowanych mięśni. Tkanka łączyła się z tkaniną, by parę sekund później wyrwać się z kleszczy obcego materiału. Ból wydawał się niekończącym obiadem dla samolubnego kanibala, który zaczyna zjadać własny mózg. Przypominał o bezbolesnych chwilach, wrzuconych w odmęty niezdefiniowanej normalności.
Siły opuszczały Detektywa. Wszystko co wydarzyła się przez ostanie trzy dni, ciągle nie miało sensu. Zaczęło się delikatnie, banalnie, można nawet powiedzieć, że trywialnie w tej konkretnej branży. Usystematyzowane obrzydzenia mieściły się w dole kloacznym, który doskonale znał, by nagle eksplodować pozbawionymi kategorii pierdnięciami absurdów. Strzały, martwa kobieta, kot morde... Nieważne! Brakowało mu czasu, potrzebował lekarza, nie wyśmienitej zagadki, której rozwiązanie przywróciłoby oko Colombo.
Ślimaczym tempem wtaczał samochód w dzielnicę, unikanej przez ludzi prawa. Nie uznawał się za jednego ze sprawiedliwych, już na pewno nie za ostatniego. Tutaj neony błyszczały niebiańskimi aureolami upadłych serafinów. Zakrywały niebo skrzydlatymi szyldami, nie pozwalając wścibskim cumulusom zerkać na dantejskie sceny, odgrywane nad marmurami deptaków. Odgradzały ekskluzywne pokoje lokalnych magnatów piórami rolet, wstrzymując oddechy eskort. Przy samej ziemi, lotki zużytych, kokainowych torebek, tańczyły pod cholewami drogich butów moralnych straceńców.
„La Stravazza” znajdowała się w samym środku tego bogatego bałaganu. Włoska knajpa była starsza niż sama dzielnica, chociaż więcej ciał pojawiało się w piwnicy lokalu, niż w miejskiej kostnicy. Jedyna analogia, którą można znaleźć między półwyspem wysokiego buta, a przybytkiem, wiązana była końcem różańca zatopionego w fundamentach, obok kości założycieli. Symbolika miewa odcienie ciekawsze, niż pryzmat, osiągający prędkość światła.
Zaparkował niedbale między środkiem deptaka, a wyłożoną mozaiką ścianą. Pstrokate wzorki nie tworzyły spójnej całości, chociaż emanowały miniaturową potęgą wulkanów i rzymskiego prawa. Stracił równowagę, gasząc dyszący silnik pojazdu. Najcięższa część ciągle czekała na swój złoty moment...
Uderzeniem barku otworzył poobijane drzwi, by prawie wypaść na chodnik i pozwolić spazmom opanować skorumpowany bólem senat nerwów. Ledwo postawił stopę na ziemi, już trzech rosłych mężów ruszyło w jego stronę. Byli wysocy i dobrze zbudowani, wypchani kewlarem i doświadczeniami pocisku używanego przynajmniej trzysta razy. Niewykluczone, że chcieli po prostu spytać, czy nic się nie stało, jednak ta dzielnica rządziła się manierami głuchego tarana.
Podnosząc do góry niepostrzelone ramię wybełkotał:
Mam wiadomość dla Eligiusza P.!
Stanęli w osłupieniu, by po chwili podnieść Detektywa i zawlec do alejki, prowadzącej na zaplecze. Nie zadawali pytań. Nie zadawali się z policją. Nie zadowalali się kiepskimi wymówkami. Byli ludźmi charakteru, którzy sprawowali funkcje buforu, między niebezpieczeństwem, a zagrożeniem. Wpoili w siebie przekonanie o niższości prawa, żyjąc wiarą w usługi, sięgające mackami dalej niż wyroki.
Właśnie dlatego użyli głowy Detektywa do otworzenia tylnych drzwi. Przeciągnęli przez zaparowaną kuchnię wypchaną odgłosami metalu oraz desek spowitych odorem smażonego oleju. Nie zarejestrował smaków unoszących się w powietrzu. Popychany i podtrzymywany za postrzelone ramię wysysał ostatnie życiowe soki z najdalszych zakątków szyszynki, by nie stracić świadomości. Powinien skupiać się na szczegółach, rejestrować anomalie, a przede wszystkim myśleć o końcu roboty. Szło mu tak samo dobrze jak kalece na balecie.
Po raz drugi, otworzono jego głową drzwi, tym razem twardsze, metalowe, za którymi kryły się schody w dól. Przez moment był przekonany, że woje zrzucą go po stopniach, zmęczeni dźwiganiem kaprawego wora mięsa. Jak worek kartofli stoczy się na samo dno. Nędznie rąbnie w podłogę, łamiąc nadwątlone żarem alkoholu kości. Tak się jednak nie stało.
Został zniesiony z szacunkiem, na który na pewno nie zasłużył. Chyba wiedzieli, że jest dziurawym materacem, z którego uchodzi powietrze życia. W dalekim rogu szczęknął kontakt, zapalając żarówkę, pożeraną przez pajęczyny i demony samego Edisona. Pchnięty na krzesło, upadł niczym Ikar - pozbawiony nadziei, świadomy własnej głupoty.
Siedział pośrodku zaniedbanej, choć sentymentalnej, piwnicy z winem. Butelki roczników oraz odmian rozgrywały partię kółka i krzyżyk, na niekończących się półkach z próchniejącego drewna. Setki korków drwiły z marnotrawstwa, wierząc, że magiczny moment nadejdzie. Gapiły się zuchwale na Detektywa, jak wszystko co nie musiało się użerać z ludzkimi przeciwnościami losu. Każda ściana drwiła z lekkomyślności, która opanowała jego egzystencję, miotając nieme, stoickie żarty.
Podniósł podkrążone oczy, próbując zanegować wstyd, przed własnym, wieloletnim oprawcą. Resztki dumy, wątpliwie trzymały poziom gałek w jednym miejscu. Skóra straciła kolor, tęskniąc za rumieńcami emocji.
Eligiusz P. był niepozornym gościem, zupełnie jak opisywała go babcia. Średniego wzrostu mężczyzna, z przyzwoicie przyciętym zarostem, wpatrywał się w twarz Detektywa. Około czterdziestki, zadbany jak sycylijski zabytek. Jego oczy zarażały apatią, skrzyżowane ręce dystansem, a idealny garnitur był ostatnią rzeczą, jaką chciałby zobaczyć konający krawiec. Stał pewnie niczym góra, której podwaliny stanowi tylko jądro Ziemi.
Nie mam broni... - wybełkotał Detektyw. Chciał być spójny i konkretny. Może nie pod względem sylab, ale merytorycznie.
Nie mam... Pojęcia co tu robisz! - odpowiedział stanowczym głosem Eligiusz. Brzmiał w nim ton seniorki: stanowczy, czarujący, przekonujący.
Mam za to wiadomość...
A ja mało czasu! - podnosząc głos zakomunikował pan P. Nie było w tym agresji czy niecierpliwości. Tylko zwykłe przeznaczenie.
Detektyw sięgnął zdrową rękę za poły płaszcza. Nikt nie zareagował odpowiednio. Ochroniarze stali cierpliwie z dłońmi na kroczu, obserwując każdy ruch. O wiele groźniejsze wydawały się butelki, grożące implozją.
Leniwie wyciągnął zmiętoloną kopertę, podając adresatowi. Ten pewnym ruchem odebrał korespondencję i rozerwał. Na podłogę upadły dwa zdjęcia. Pierwsze przedstawiało pocięte ciało z wanny, drugie Eligiusza P. z rozdrobnioną denatką podczas wakacji w egzotycznym miejscu pełnym palm i słońca.
Tortury nie trwały długo. Przesłuchanie jeszcze krócej. Tylko babcia wierzyła w niekończącą się cierpliwość wnuka. Detektyw trafił na rezerwę, która kończy podróż. Wszystko stało się szybko. Jeśli stałoby się wolno, może ktoś zareagowałby na czas.
Przekleństwo wyleciało z gładkich ust w tym samym momencie, w którym pocisk opuścił lufę. Świat zwolnił, pozwalają przyjrzeć się swojej konstrukcji. Niestrudzone zębatki sekund poddały się mechanizmom wieczności. Kula penetrowała czaszkę powoli, najpierw pozwalając zrozumieć fizyce, że ciągle ulega jej prawom. Potem ostatnie bastion zbuntowanej czaszki, został zdradzony kruchością konstrukcji. To mózg upadł jako ostatni, przewiercony, usmażony i rozbrojony. Zwężające się źrenice, zostały przejawem świadomości, za którym zatęskni gnijące ciało. Wlepione w korek od wina oczy nie przestawiały niczego poza spokojem. Tylko esencja, czasami zwana duszą, błąkała się po korytarzach przeszłego świata, aż trafiła do celu:
- Tęskniłeś? – jej głos brzmiał dokładnie tak, jak go zapamiętał: pełen radości i życia. Siedziała na fotelu pasażera, obracając w palcach swoje kasztanowe włosy. Patrzyła mu prosto w oczy, uśmiechając się z nadzieją, że zawsze będzie pamiętał tę chwilę. Ten moment miał się już nigdy nie skończyć. Może to jednak była jej historia?
_________________
Żywię ogromną nadzieję, w kwestii interpunkcyjnego progresu
 
     
tcz 
Autor/ka


Pomógł: 4 razy
Wiek: 68
Dołączył: 30 Maj 2018
Posty: 330
Skąd: Dolny Śląsk
Wysłany: 2018-10-13, 07:30   

Choć ładnie napisany, rozczarowuje mnie ten kryminał,
bo nie dowiaduję się kto jest sprawcą zabójstw.
_________________
Tadeusz
 
     
KHelbig 
Autor/ka


Wiek: 30
Dołączył: 12 Sty 2018
Posty: 20
Skąd: Northampton
Wysłany: 2018-10-13, 08:52   

Głównie ostre narzędzia i przedmioty. Od początku zabójca nie miał mieć, aż takiego znaczenia, chociaż nie ukrywam, że pracuję nad epilogiem w celu wyjaśnienia tego zagadnienia. Pozdrawiam i dziękuję za uwagę.
_________________
Żywię ogromną nadzieję, w kwestii interpunkcyjnego progresu
 
     
elafel 
Moderator



"Złotych Pietruch": 8
"Srebrnych Pietruch": 9
"Brązowych Pietruch": 11
"Kryształowych Dyń": 1
"Wierszy miesiąca": 11
"Najlepsza proza": 7
Najciekawsza publicystyka: 1
Pomogła: 133 razy
Wiek: 64
Dołączyła: 16 Lis 2007
Posty: 13520
Skąd: Poznań
Wysłany: 2018-11-08, 22:42   

No faktycznie bałagan. Również spodziewałam się innego zakończenia, ale to autor decyduje o treści.
Koniec miesiąca to czas kiedy przenoszę do odpowiednich działów. Tam też można czytać i komentować. Gdyby jednak autor chciał poprawić tekst, to może zawsze zwrócić się z prośbą o przeniesienie do Wersji roboczych.
Pozdrawiam autora :)
_________________
Ela
  
 
     
Dany 
Administrator



"Złotych Pietruch": 2
"Srebrnych Pietruch": 7
"Brązowych Pietruch": 6
"Kryształowych Dyń": 1
"Wierszy miesiąca": 15
Pomogła: 353 razy
Wiek: 69
Dołączyła: 21 Kwi 2011
Posty: 13522
Skąd: Poznań
Wysłany: 2018-11-15, 12:55   

Cytat:
Niestety, konsekwencje, które czaiły się gdzieś za rogiem były o wiele poważniejsze, niż mandat.

Cytat:
chociaż więcej ciał pojawiało się w piwnicy lokalu, niż w miejskiej kostnicy.

Cytat:
Symbolika miewa odcienie ciekawsze, niż pryzmat, osiągający prędkość światła.

- Przed "niż", nie stawiamy przecinka.
Cytat:
Pierwsze przedstawiało pocięte ciało z wanny, drugie Eligiusza P. z rozdrobnioną denatką podczas wakacji w egzotycznym miejscu pełnym palm i słońca.
- wychodzi na to, że denatka już na zdjęciu była "rozdrobniona"

Cytat:
Wlepione w korek od wina oczy nie przestawiały niczego poza spokojem.

- po "oczy", przecinek (w zdaniu nie może być dwóch orzeczeń, trzeba je rozdzielić przecinkiem )
- czy nie powinno być"przedstawiały)?
_________________
Oczekujesz komentarza do swojego utworu - inni także oczekują tego od Ciebie.
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group