Limerykowym Królem została Antonella


Fraszkowym Królem został Rafał Bardzki

Złotą Pietruchę w temacie ZABAWA wygrał wiersz
Rejs autorstwa- Gelsomina

Złotą Pietruchę, w temacie:Obietnica zdobył utwór
Obietnica autorstwa - jaceksenior

Zapraszamy do głosowania na
Wiersz Miesiąca IX/2019




Poprzedni temat «» Następny temat
Żniwa
Autor Wiadomość
bodek 
Autor/ka zasłużony/a


"Wierszy miesiąca": 5
Pomógł: 1 raz
Wiek: 52
Dołączył: 18 Gru 2012
Posty: 2037
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2019-11-05, 17:19   Żniwa

Promienie słońca, odbijające się od cukiernicy, stojącej na stole, drażniły powieki chłopca. Dochodziły go też odgłosy krzątającej się po kuchni babci. Odrzucił pierzynę i usiadł na łóżku. Przeciągnął się aż zatrzeszczały kości.
– Dzień dobry – przywitał się.
– Dzień dobry, umyj się zaraz będzie śniadanie – odpowiedziała.
Przy kredensie, na stojaku z wygiętych prętów, stała miednica z wodą. Boguś namydlił ręce i twarz. Potem kilkoma chluśnięciami wody opłukał ciało. Założył szorty, skarpetki i trampki. Wyciągnął z plecaka podkoszulek i włożył przez głowę. Usiadł przy stole, na którym stały już kanapki z pomidorem i kubek gorącej herbaty. Chłopiec ze smakiem pałaszował pajdy chleba, posmarowane masłem. Grube plastry pomidora zebrane prosto z babcinego ogródka, były lepsze od wędliny.
– Dziękuje, było przepyszne! – Pocałował babcie w policzek i wyszedł z izby.
Na podwórzu, Jurek z sąsiadem zdejmowali z fury, burty z desek. Na ich miejsce nasadzili konstrukcję z drągów, tworząc wóz drabiniasty.
– Dzień dobry wujku, dzień dobry panie Augustyniak – przywitał się z mężczyznami.
– Jak chcesz pomóc to przygotuj Karego! – usłyszał w odpowiedzi.
Bogusiowi nie trzeba było powtarzać. Pobiegł do stajni. Otworzył cicho drzwi. Bez raptownych ruchów, tak jak uczył go dziadek. Podszedł spokojnie do konia, pogłaskał go po szyi. Zwierzę odwróciło łeb i chrapami dotknęło dłoni. Widocznie sprawdzenie wypadło pozytywnie, bo pozwolił chłopcu zarzucić sobie na kark uprząż. Grzecznie wyszedł prowadzony za kantar na podwórze. Podeszli razem do dyszla wozu. Zgodnie ze wskazówkami seniora założył naszelnik karkowy, podogonie, zapiął podbrzusznik, nałożył na orczyk postronki pociągowe. Jeszcze tylko wędzidło, lejce i gotowe.
– Skoro przygotowałeś zaprzęg, to dzisiaj ty jesteś woźnicą – powiedział Jurek.
Boguś nie posiadał się z radości. Wskoczył na dechy za pierwszym kołem i wyczekiwał z lejcami w dłoniach. Ze stodoły wyszła Jagoda, niosąc ze sobą dwie pary trójzębnych wideł i grabie. Wrzuciła to wszystko na tył pojazdu i usadowiła się za chłopcem. Wujaszek otworzył bramę za stodołę i poczekawszy aż chłopiec wyjedzie zaprzęgiem, zamknął za nim i wskoczył na tył wozu. Jechali wąską drogą, pomiędzy polami, podskakując na wybojach. Słońce zaczynało przygrzewać, ciszę przerywały tylko odgłosy przyrody. Gdy dojechali do rowu melioracyjnego, Boguś ściągnął lejce.
– Prrry Kary! – zatrzymał konia i czekał na dalsze dyspozycje.
Ciotka z Jurkiem zeskoczyli z wozu. Wprawnymi ruchami wideł usuwali siano z drogi, po której miał zawrócić. Skoszona trawa już przeschła i była zrolowana grabarką w symetrycznie ustawione wałki. Chłopiec wjechał na uprzątniętą przestrzeń i zaczęło się ładowanie drabiniastego wozu. Pierwszą porcję ładowali Jagoda i wujek, Boguś tylko podjeżdżał, kierując lejcami z ziemi. Potem Jurek kazał ciotce i chłopcu wejść na częściowo załadowany wóz. Mężczyzna podawał na widłach siano, a kobieta rozkładała zgodnie z jego wskazówkami na coraz wyższej furze. Gdy już zebrali zawartość jednej czwartej pola wujaszek stwierdził, że wystarczy. Podał Bogusiowi długi drąg do przyciśnięcia siana i przymocował go linami do przodu i tyłu wozu. Wdrapał się przy pomocy lejc na załadowaną furę.
– No dobrze możemy już jechać. Tylko powoli Boguś, żebyśmy nie wylądowali ze wszystkim w polu – zażartował.
Chłopiec ostrożnie zjechał z powrotem na drogę i ruszył w kierunku zabudowań. Tam przy otwartej bramie czekał już dziadek z babcią. Przez otwarte wierzeje stodoły widać było bawiącą się na podwórku Aldonkę i wózek z małą Wiesią stojący w cieniu drzew. Ciotka zjechała po burcie wyładowanej fury na klepisko. Poszeptały z babcią i poszły obydwie do dzieci. Podczas gdy mężczyzna z chłopcem rozładowywali siano, kobiety zabrały maluchy do domu. Ciotka przewinęła niemowlaka, przygotowała kanapki i picie. Dziadek w tym czasie wziął wiązkę słomy i wycierał boki konia. Rozładowanie fury szło sprawnie. Sąsiek zapełniał się szybko. Po pewnym czasie widły zastukały w puste dechy.
– Choć! Trzeba trochę stratować – zawołał wujaszek.
Boguś uwielbiał chodzić po świeżo zwiezionym sianie. Aromat, który się uwalniał, był oszołamiający. Dziadek nie pozwalał nocować w stodole przez trzy dni, mówił, że można nie wstać. Jurek czekał przy narożniku i popijał piwo. Chłopiec nie był zdziwiony, zauważył, że wszędzie były skrytki z alkoholem. Mężczyzna przestał pić i przyłożył palec do ust. Podał wypełnioną do połowy butelkę chłopcu. Boguś był częściowo dumny a częściowo przerażony. Nigdy nie pił alkoholu, ale gest wujka był dla niego taki nobilitujący. To tak jakby zaproszenie do świata mężczyzn. Chłopiec przechylił butelkę przytykając ją do ust. Poczuł goryczkę płynu, jak gaz i piana drażni kubki smakowe. Po wszystkim głośno beknął, aż poszło nawet nosem.
– No chodźcie! Możemy już jechać – zawołała ciotka, niosąc kanapki i butelkę z piciem.
Jurek schował pustą butelkę i zeszli z udeptanego siana. Wskoczyli na furę i znowu wyruszyli na pole. Kolebiąc się na wybojach polnej drogi pałaszowali kanapki z boczkiem. Załadunek, rozładunek i potajemny browarek na połowę. Po czterech kursach nic na polu nie zostało. Ciotka poszła przygotować obiad, wujaszek po oporządzeniu konia usiadł pod gruszą i ćmił papierosa. Boguś zaczął odczuwać skutki wypicia piwa. Prosto ze stodoły pobiegł do wygódki. Ta drewniana konstrukcja nie była szczytem luksusu jak ubikacja w domu, ale nie mógł wybrzydzać. Dobrze, że szpary między deskami były spore. Naturalna wentylacja usuwała sztynk wydobywający się spod klapy. Dłuższe posiedzenie oczyściło jego wnętrzności z całej zawartości z dwóch dni. Dobrze, że zaraz obiad, bo poczuł ścisk z głodu w żołądku. Jeszcze tylko umył ręce i twarz u dziadków. I już Jagoda rozstawiała talerze napełnione zupą z młodej kapusty. Na drugie danie były kotlety mielone i ziemniaki. Po posiłku, sjesta pod drzewami ogrodu. Chłopiec położył się na starym tapczanie i po chwili zasnął. Wysiłek na świeżym powietrzu i posiłek podziałały jak dobry usypiacz. Ocknął się dopiero, gdy na podwórku zaczęli krzątać się przy wozie Jurek z sąsiadem. Znowu zdejmowano konstrukcję z drągów i zastąpiono ją dechami.
– Co tam wujku? Już nie będziemy nic zwozić? – zapytał wujka.
– Zboże będziemy ciąć za tydzień, no może za dwa, zależy od pogody –odpowiedział mężczyzna – a jutro niedziela, to dziadków do kościoła trzeba zawieźć.
Czyli to już sobota, ale ten czas leci: pomyślał Boguś. Wieczór minął tak jak zawsze, czyli wyprawa po krowy na łąkę, kolacja, wieczorynka. Dodatkowe było tylko dokładniejsze mycie i przygotowanie odświętnego ubrania do kościoła.
Spał już mocnym snem, gdy dziadkowie wrócili od cioci Poli. Nie słyszał więc o czym szeptali z ożywieniem. Dopiero rankiem dowiedział się, że po mszy zabierze go wujek Mirek z Krasińca. Zgodnie z tym co przekazała dziadkom mama, miał część wakacji spędzić u babci Kazimiery w Helenowie. Znowu zadecydowano bez niego, gdzie ma być i kiedy.
– No co to za mina? – zapytał wujek, podczas wspólnego przygotowania zaprzęgu do wyjazdu – przecież wrócisz na żniwa z powrotem.
– Ale tam nie ma gospodarstwa, babcia ma tylko chałupkę i mały ogródek – odparł smutnie Boguś.
Na wóz zamontowali dodatkowy kozioł, żeby dziadek z babcią mogli wygodnie usiąść. Wujaszek pomógł im wejść na furę i zająć miejsca. Chłopiec usiadł z Jurkiem na przednim koźle i ruszyli. Podkowy zastukały na asfaltowej drodze. Mijani po drodze ludzie witali się i uśmiechali przyjaźnie. Na placu przed kościołem stało już sporo furmanek. Koniom po odpięciu uzd, przytroczono worki z obrokiem, a lejce zawinięte zostały na kłonicy. Kościół otoczony był pobielonym murem, wchodziło się przez solidną wykutą z żelaza bramę. Teraz stały przed nią starowinki z obwarzankami i pańską skórką. Sam kościół pamiętał czasy, kiedy wszystko wokoło należało do rodu Krasińskich. Kościół, park, stadnina koni, okoliczne wsie, a nawet cukrownia w Krasińcu, wszystko po horyzont. Teraz na ich dobrach powstał PGR, a w parku było boisko do gry w piłkę nożną. Podczas mszy Boguś rozglądał się wokoło. Ta świątynia była inna niż ich drewniany kościółek na Żoliborzu. Na ścianach były stare obrazy, wota dziękczynne, a w oknach wspaniałe witraże. W powietrzu unosił się zapach kadzidła i płonących świec. Ludzie w odświętnych strojach, wszyscy z powagą i namaszczeniem brali udział w nabożeństwie. Chłopiec wykonywał czynności zgodnie z rytuałem podpatrzonym u dziadków.
– Idźcie w pokoju ofiara spełniona! – powiedział proboszcz i zakończył mszę.
Ale ludzie po wyjściu na plac przed kościół, przystawali, łączyli się w grupy i dyskutowali. Szli na spacer do parku, na lody albo na kielicha do kaciuby. Do Bogusia podeszli od razu Kowalscy z Milewskimi. Po krótkiej rozmowie z dziadkami zabrali go Żukiem wujka Mirka i pojechali do Krasińca. Tuż przy cukrowni skręcili na podwórko, otoczone przez służbowe budynki mieszkalne. Były stare, drewniane, ale w dobrym stanie i utrzymane w porządku. Weszli po skrzypiących schodach na pierwsze piętro. Mieszkanie było urządzone po miejsku. Była łazienka z toaletą. W widnej kuchni ciocia Maria już przyrządzała obiad. Trójka jej dzieci, starszych od Bogusia rozrabiała w drugim pokoju, przed telewizorem. Wujek Mirek wszedł do pokoju i wyłączył telewizor.
– Szykować się do obiadu – wydał krótkie polecenie.
Wszyscy karnie powędrowali do łazienki myć ręce. Na dużym stole, rozstawionym w dużym pokoju, stała już waza z zupą. Talerze i sztuczce na białym obrusie były gotowe dla wszystkich domowników i gościa. Wszyscy czekali aż głowa rodziny zasiądzie na honorowym miejscu. Potem zgodnie z ceremoniałem życzyli sobie smacznego. Ciocia nalała każdemu na talerz zupy. To była tak zwana parzybroda. Na drugie danie zaserwowano pręgę wołową z ziemniakami i sałatą. No i oczywiście kompocik. Po posiłku przesiedli się zza stołu na złożone wersalki i fotele. Mężczyzna miał przy fotelu mały stolik. Stał na nim duża kryształowa popielniczka i paczka papierosów bez filtra. Wujek wyjął „Sporta” włożył go do szklanej lufki i przypalił. Wypuścił kłęby dymu pod sufit.
– Marysiu! Jeszcze kawę byś dla mnie zrobiła – poprosił ciocię.
Na stoliku wylądowała po chwili szklanka w metalowym uchwycie. Była wypełniona brązowa parującą cieczą. Zajzajer wydzielał mocny aromat. Łyżeczka cukru wsypana na wierzch płynu nawet nie zatonęła. Po wypaleniu papierosa i wypiciu kawy wujek zasnął na fotelu. Ciocia dała dzieciom po grubej pajdzie ciasta drożdżowego i wysłała na dwór. Boguś z chęcią ruszył na zwiedzanie Krasińca. Za dużo tego nie było. Przy głównej ulicy, po jednej stronie infrastruktura cukierni, po drugiej miasteczko. Sklep GS, kiosk, budynki mieszkalne, szkoła i przedszkole. Olbrzymi plac rozładunkowy, ograniczony betonowymi bloczkami w kształcie litery L. zbiorniki na melasę i wysłodki. Hale na ciąg technologiczny i magazyny na gotowy słodki towar. Oczywiście nie obeszło się bez wizyty nad rzeką. Wystarczyło przejść przez szosę prowadzącą z Warszawy do Przasnysza i Ostrołęki. Potem już na skróty przez mokradła i ścieżki znane tylko tubylcom. Tam, gdzie kiedyś stał młyn, pozostało tylko spiętrzenie wody i głęboka woda. Gdzie indziej rzeka Węgierka sięgała co najwyżej do kolan lub pasa. Tu na odcinku sześciu metrów kryła nawet dorosłego człowieka. W lato było tu zawsze sporo kąpiącej się młodzieży. Dzieci bawiły się trochę dalej na płyciźnie. Były słychać śmiechy i przekomarzanie. Co jakiś czas dziki wrzask i plusk wody. To starsi chłopcy skakali z wierzby rosnącej przy brzegu do głębokiej wody. Kuzyn Tomek mówił, żeby sam nie chodził nad rzekę. Nie chodziło o wodę, tylko o towarzystwo, które tam przychodzi. Boguś to zignorował, dawał sobie radę w Warszawie, to co na tym wygwizdowie sobie nie da. Mylił się. Tubylcy szybko zauważyli obcego. Po chwili wianuszek wyrostków otoczył go, blokując możliwość ucieczki.
– Ładna czapeczka! To prezent dla mnie? – powiedział największy z nich i szybkim ruchem zerwał ją z głowy przestraszonego chłopca.
Czapeczka była prezentem z LOT-u, mało kto taką miał. Boguś nie mógł sobie pozwolić na jej stratę. Nie miał szans z dryblasem, nie mówiąc o reszcie klanu. Ale przypomniał sobie nauki wujka Jurka z Pragi: lepiej przegrać z twarzą niż schować się, niż uciekać całe życie.
– Nie! Żadnych prezentów – krzyknął i kopnął przeciwnika w kostkę.
Wykorzystując zaskoczenie wyprowadził jeszcze haka prawą pięścią w splot słoneczny. Niestety to było wszystko, co zdążył zrobić. Mimo że przeciwnik leżał na ziemi zwijając się z bólu, jego kumple złapali go od tyłu za ręce i pociągnęli nad sam brzeg rzeki. Rozbujali go trzymając za ręce i nogi. Poszybował do wody krzycząc. Krzyczał za każdym wynurzeniem. Nikt go nie słyszał albo myśleli, że się zgrywa. Dopiero gdy poszedł na dno i nie wypływał przez kilka minut, wskoczyli do wody. Uratował go dryblas, z którym się bił. Zanurkował do dna i podniósł go z mułu. Wyholował nieprzytomnego na płyciznę i wyrzucił na trawiasty brzeg. Wypompowanie wody z topielca, to już był pikuś. Gdy Boguś zaczął prychać wodą, obrócili go na boku i oklepywali go, aż usiadł i przytomnie zaczął rozglądać się wokoło.
– No i co nic nie mówisz, że nie umiesz pływać? – zapytał dryblas.
– Przecież krzyczałem – odpowiedział.
– A w ogóle jak można nie umieć pływać? – drążył temat.
– Bo on tylko po warszawsku: dupą po piasku – rzucił któryś z wyrostków.
– Dobra, nieważne. Grunt, że się dobrze skończyło – polubownie zakończył prowodyr.
Podszedł do miejsca, gdzie cały czas leżała zabrana czapka. Podniósł, otrzepał z trawy i podał Bogusiowi.
– To chyba twoje? Nie masz pretensji? – zapytał.
– Nie, nie mam. A czapka jest twoja, daję w prezencie – odpowiedział.
– Choć do nas na koc. Trzeba wysuszyć te ciuchy, przecież nie wrócisz tak do domu. Tomek jestem. – przedstawił się i poprowadził do miejsca, gdzie siedzieli.
– Bogusław! – dopełnił formalności i usiadł z nowymi znajomymi.
Przy ogólnej akceptacji usiedli na kocu, wyjęli karty i zagrali w Wuja. Znalazły się też schowane w kieszeniach papierosy i butelki piwa wyjęte z rzeki.
– No! Warszawiak łamiesz się? – zapytali podtykając mu pod nos otwarte piwo i wygniecione Sporty.
Aby nie okazać się lamusem, chłopiec przypalił papierosa i łyknął złocisty napój z baryłkowatej butelki. W tej sielankowej atmosferze, dopiero zbliżający się zmierzch wygonił ich do domów.
– No i gdzie tyle łazisz? Już się martwiliśmy – usłyszał na progu lamenty ciotki.
– O! Papieroski i piwko czuć, zaraz zadzwonię do ojca – dorzucił wujek.
Jednak nie spełnił groźby, zagonił tylko chłopca do kąpieli, a potem do łóżka. Boguś jak zwykle nie mógł usnąć na nowym miejscu. Kręcił się, miał nudności i chciało mu się pić. Na szczęście na stoliku ciocia zostawiła mu szklankę kompotu. Ugasił pragnienie, skorzystał z łazienki i wrócił do łóżka. Dopiero po północy zapadł w sen, a raczej koszmar. Śniły mu się utopce, zmory i tym podobne rzeczy. Wszyscy chcieli go zabić, uciekał przed nimi przez mokradła. Rano obudził się cały spocony z podkrążonym oczyma i ogromnym pragnieniem. Ciocia już się krzątała po domu, wujek był w pracy.
– Jak się spało? – zapytała.
– Dzień dobry! Jak poza domem, czujnie. Chyba ruszę już do babci – odpowiedział
– Zjedz najpierw śniadanie. Jak poczekasz na wujka aż wróci z pracy, to może cię odwiezie do Helenowa. – Kobieta ruszyła do kuchni.
– Nie, dziękuję przejdę się – podziękował i ruszył do łazienki, umyć się.
Po zjedzeniu jajecznicy na boczku, pożegnał się i ruszył asfaltową szosą w kierunku Bogatego. Potem przez mostek w prawo. Na zakończeniu kocich łbów w lewo na piaszczystą drogę. To tak jakby przeszedł do innego świata. To nie Wężewo, gdzie dom stał przy domu. Tu gospodarstwa rozsiane były wzdłuż drogi w dużych odległościach. To tak zwane kolonie. Babcia mieszkała w starej chałupinie, bez płotu, bez zabudowań gospodarczych. Tylko rozwalająca się szopa w pół zdziczałym sadzie. Żadnych zwierząt ani ptactwa. Parę redlin ziemniaków, mały zagon warzyw za chatą. To wszystko. W środku były dwie izby. Jedna służyła za graciarnie, w drugiej stały dwa łóżka, stół, szafa i stara skrzynia. Nie było nawet desek na podłodze tylko klepisko. Jedyna solidna rzecz w tym domu to piec. Oprócz zwykłego paleniska na dwie fajery, był jeszcze zapiecek i komora do pieczenia chleba. W sieni stała drabina, po której można było wejść na strych. Ale babcia nie pozwalała tam wchodzić, podobno strop mógł nie wytrzymać ciężaru człowieka. Babcia Kazia, a właściwie Kazimiera, utrzymywała się z tego co zarobiła jako kucharka na weselach. Ojciec Bogusia też przysyłał jakieś pieniądze. No i Kowalscy z Milewskimi podrzucali różne produkty. Wszystkie jej dzieci, pomagały jak mogły. Nawet wujek Zdzisiek z Legionowa, jak nie był w tangu, to przyjeżdżał i zostawiał jakąś gotówkę. Był malarzem pokojowym, fachowiec kosił chajs, tyle że strasznie dudnił. Babcia żyła skromnie. Śmiała się, że tego co ma w szafie i skrzyni wystarczy jej do ubierania się do końca życia. A reszta, tylko opał to problem. Jedzenie, które dostawała po weselach, mięso w wekach i tak dalej przechowywała pod podłogą w piwnicy. W sklepie kupowała tylko chleb, sól i jakieś drobiazgi. Na widok wnuka uśmiechnęła się, dawno jej nikt nie odwiedził.
– Witaj Boguniu! Co u was słychać? Jakiś ty mizerny – słowa mieszały się z łzami wycieranymi w fartuch.
– Wszystko dobrze babciu, wakacje są to pomyślałem, że przyjadę na trochę. – Chłopiec przytulił się do kobiety.
Warunki były dużo gorsze niż w Wężewie, ale Boguś lubił to miejsce. Było tylko sto metrów do lasu, a za lasem zaraz rzeka. W gospodarstwie obok mieszkali Bojarscy. Mieli syna i córkę, w wieku zbliżonym do chłopca. Gdy nie pomagali rodzicom w polu lub przy domu, mogli się zajmować przybyszem. Sam też miał co robić. Znosił babci do drewutni suche gałęzie z lasu. Zbierał jabłka i gruszki z sadu, a babcia kroiła je i suszyła na blachach kuchni. Najbardziej lubił jednak chodzić nad rzekę. Po drodze zbierał grzyby i leśne maliny. Miał własne miejsce, zakole starorzecza. Tam nauczył się łowić ryby i zbudował pierwszą tratwę. Tam widział po raz pierwszy nimfy wodne, a raczej letniczki, które wieczorem kapały się na golasa. Zgodnie z obietnicą, Boguś pomagał babci w przysposobieniu się do zimy. Nie zapominał przy tym, o zabawie i wypoczynku. Siedział właśnie przed domem, leniuchując po obiedzie, gdy zobaczył jadący drogą wóz. Na koźle siedział wujek Jurek z ciotką i dziećmi. Chłopiec podbiegł do nich przywitać się.
– Jedziemy do rodziny Jagody w Rogowie – rzeczowo wyjaśnił Jurek – jak chcesz możesz się zabrać, gdy będziemy wieczorem wracać.
– Zaraz zapytam babci czy jeszcze coś potrzebuje – powiedział Boguś i wszedł do izby.
Pani Kazimiera wyszła z dzbankiem kompotu i szklankami. Przywitała się ze wszystkimi i już po chwili plotkowały z Jagodą. Po pół godzinie wóz z pasażerami ruszył dalej, a chłopiec zaczął się przygotowywać do drogi. Pociął resztę gałęzi w drewutni, pozbierał owoce z sadu. Usiadł na ławeczce pod domem i czekał. Gdy zaczęło się zmierzchać, myślał, że zapomnieli po niego zajechać. Ale ujrzał światło lampy naftowej kołyszącej się przy wozie. Powoziła Jagoda, Jurek chrapał na deskach.
– Chodź Bogusiu, jedziemy, bo już późno, a ten znowu się schlał – powiedziała wkurzona ciotka.
Chłopiec wskoczył na kozioł, przejął lejce i ruszyli w stronę Wężewa. Najtrudniejszy był zjazd na szosę w Bogatem, potem już spokojnie aż do zabudowań dziadków. Na miejscu jeszcze trzeba było rozładować furmankę i oporządzić konia. Jagoda od rodziny dostała jakieś meble i dwa worki odzieży. No i nieprzytomny Jurek, ciotka chciała go zostawić na noc na podwórzu, ale babcia poprosiła, więc zatargał go z dziadkiem do domu.
– Mam nadzieje, że do jutra wytrzeźwieje, bo będziemy robić odcinkę zboża, żeby snopowiązałka mogła wjechać na pole – zamartwiała się Jagoda.

– Jakoś damy radę – powiedział dziadek i pogonił wszystkich spać.
Noc minęła szybko, nawet skrzypienie domu nie przeszkadzało chłopcu. Gdy tylko wstało słońce, babcia obudziła go. Wszyscy już krzątali się w obejściu. Oczywiście oprócz Jurka, który dogorywał w kuchni.
– Trudno, nie czekamy – dziadek machnął ręką na syna – zaprzęgaj Bogusiu konia.
Chłopiec radośnie zabrał się do zakładania uprzęży na konia. Szlo mu to coraz lepiej. Po chwili furmanka była gotowa, na dechach leżały dwie kosy, dwa sierpy i widły. Jechali z nim seniorzy, ciotka została z dziećmi. Miała też jak najszybciej docucić wujaszka. Jeszcze tylko, jedzenie i picie, no i dwie szpule sznurka do snopowiązałki. Wspaniale było tak jechać, gdy budził się dzień, a rosa powoli opadała z traw. Zajechali od strony głębokiego rowu. Tam była granica ziemi Zarodkiewiczów, już od kilku pokoleń. Chłopiec pomógł zejść z wozu dziadkom. Podeszli do łanu zboża falującego w słońcu. Dziadek zgarnął garść kłosów i rozgniótł je w dłoni. Dmuchnął tak, że zostały tylko ziarna. Zgarnął je wargami i przeżuwał przez chwilę. Z szacunkiem przeżegnał się, oddał Bogusiowi laskę, którą się podpierał i krzepko chwycił kosisko. Tak jakby te stare drewno przekazało energię życiową. Stary człowiek wyprostował się, spojrzał jeszcze raz przed siebie. Płynnym ruchem zanurzył ostrze kosy między źdźbła zboża tuż przy ziemi. Towarzyszył temu szelest i zgrzyt. I tak, krok po kroku, kroczył jak olbrzym przez puszczę. Co jakiś czas stawał wbijał kosidło w ziemię. Wyjmował osełkę, spluwał na nią i ciągnął po ostrzu, w te i we wte. Za nim poruszała się schylona babcia. Wprawnymi ruchami sierpa, zagarniała ścięte zboże. Z dwóch garści słomy skręciła powróz i zawiązała pierwszy snopek. Chłopiec brał gotowe snopki i odnosił je za miedzę. Po godzinie zmęczony dziadek usiadł na miedzy. Babcia podała mu butelkę podpiwku i usiadła koło niego. Zdjęła mu czapkę, otarła spocone czoło i poprawiła włosy. Pocałowała w policzek i przytuliła się. Właśnie na horyzoncie ukazała się snopowiązałka. Traktor prowadził umorusany pracownik SKR. Właśnie skończył duże pole u sąsiadów. Jeszcze u dziadków i będzie miał zasłużoną przerwę na obiad. Oczywiście, ciotka już stała przy kuchni i szykowała specjalność, czyli czerninę z kaczki. Maszyna pracowała na wysokich obrotach a Boguś ustawiał snopki w mendle. Już się cieszył, że potem będą zwozić wszystko koło stodoły i pod nadzorem dziadka ustawią szczertę.
  
 
     
Z. Antolski 
Autor/ka wielce zasłużony/a



"Złotych Pietruch": 1
"Srebrnych Pietruch": 2
"Brązowych Pietruch": 3
" Tematyczny Konkurs na Wiersz": 1
"Kryształowych Dyń": 1
"Wierszy miesiąca": 9
"Najlepsza proza": 18
Najciekawsza publicystyka: 6
Pomógł: 81 razy
Wiek: 66
Dołączył: 26 Sty 2013
Posty: 5784
Skąd: Kielce
Wysłany: 2019-11-05, 19:51   

Super, ciekawie i sprawnie napisane... :)


ale nie jestem pewien czy ustawią "szczertę" czy "stertę"?
Może to jakieś regionalne wyrażenie.
 
     
bodek 
Autor/ka zasłużony/a


"Wierszy miesiąca": 5
Pomógł: 1 raz
Wiek: 52
Dołączył: 18 Gru 2012
Posty: 2037
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2019-11-05, 20:11   

witaj A.Z. szczerta: to snopki poukładane w okręgu kłosami do środka. fachowiec układał na wysokość do 6 metrów. potem podstawiano maszynę do młócenia.
 
     
Motysia 
Autor/ka z pewnym stażem...



"Złotych Pietruch": 4
"Srebrnych Pietruch": 3
"Brązowych Pietruch": 3
"Wierszy miesiąca": 3
Pomogła: 3 razy
Wiek: 39
Dołączyła: 09 Paź 2012
Posty: 1230
Skąd: Wrzosowo
Wysłany: 2019-11-07, 16:30   

Zaciekawiłeś bodziu
Już wczoraj czytałam a dziś tu wróciłam... zapachniało żniwami :)
Pozdrawiam nadmorsko :)
_________________
Morze jest moim spowiednikiem.
 
     
bodek 
Autor/ka zasłużony/a


"Wierszy miesiąca": 5
Pomógł: 1 raz
Wiek: 52
Dołączył: 18 Gru 2012
Posty: 2037
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2019-11-07, 16:52   

miło mi Motysiu, pozdrawiam:)
 
     
Dany 
Administrator



"Złotych Pietruch": 2
"Srebrnych Pietruch": 7
"Brązowych Pietruch": 7
"Kryształowych Dyń": 1
"Wierszy miesiąca": 15
Pomogła: 381 razy
Wiek: 70
Dołączyła: 21 Kwi 2011
Posty: 14331
Skąd: Poznań
Wysłany: 2019-11-07, 18:43   

Boguś lubi wieś i roboty w polu. Czy częściej wuja częstował go piwem?



Cytat:
Podczas gdy mężczyzna z chłopcem rozładowywali siano, kobiety zabrały maluchy do domu. Ciotka przewinęła malucha, przygotowała kanapki i picie.

Dwa "maluchy" obok siebie. Mogłoby być, gdyby nie to, że później dodałeś: "Ciotka przewinęła malucha". Jak maluchy, to maluchy, trzeba obydwa przewinąć. Moze napiszesz "mniejszego" lub "niemowlaka"?
_________________
Oczekujesz komentarza do swojego utworu - inni także oczekują tego od Ciebie.
 
     
bodek 
Autor/ka zasłużony/a


"Wierszy miesiąca": 5
Pomógł: 1 raz
Wiek: 52
Dołączył: 18 Gru 2012
Posty: 2037
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2019-11-07, 18:47   

dzięki Dany, poprawiłem na niemowlaka. pozdrawiam:)
 
     
Gelsomina 
Autor/ka zasłużony/a



"Złotych Pietruch": 4
"Srebrnych Pietruch": 7
"Brązowych Pietruch": 6
"Wierszy miesiąca": 4
"Najlepsza proza": 8
Pomogła: 164 razy
Dołączyła: 17 Lip 2014
Posty: 5534
Skąd: Łódź
Wysłany: 2019-11-08, 12:23   

Lubię czytać o Bogusiu. Dużo się można dowiedzieć, rozglądając po gospodarstwach jego krewnych i okolicach, gdzie mieszkają.

bodek napisał/a:
Założył szorty, skarpetki i trampki. Wyciągnął z plecaka podkoszulek i włożył przez głowę.

Moim zdaniem wystarczyłoby, ze po prostu się ubrał.
bodek napisał/a:
dzień dobry Panie Augustyniak

panie*
bodek napisał/a:
Na podwórzu, Jurek z sąsiadem zdejmowali z fury, burty z desek.

Nie jestem asem przecinkowym, co już wiesz, ale chyba w tym zdaniu jest ich za dużo.
bodek napisał/a:
Bez raptownych ruchów, tak jak uczył go dziadek. Podszedł spokojnie do konia, pogłaskał go po szyi.

przed podszedł dałabym przecinek zamiast kropki.
bodek napisał/a:
– Choć! Trzeba trochę stratować – zawołał wujaszek.

literówka chodź*
bodek napisał/a:
Talerze i sztuczce

sztućce*
bodek napisał/a:
dla wszystkich domowników i gościa. Wszyscy

powtórka wszystkich*, wszyscy*
bodek napisał/a:
Stał na nim duża kryształowa popielniczka

stała*
bodek napisał/a:
Była wypełniona brązowa parującą

brązową*
bodek napisał/a:
Mimo że jego przeciwnik leżał na ziemi zwijając się z bólu, jego kumple złapali go od tyłu za ręce i pociągnęli nad sam brzeg rzeki. Rozbujali go trzymając za ręce i nogi.

Warto coś pokombinować z dwa razy jego*
bodek napisał/a:
to już był Pikuś

pikuś*
bodek napisał/a:
– Choć do nas na koc.

chodź*
bodek napisał/a:
kosił chajs,

hajs*
bodek napisał/a:
– Witaj Boguniu! Co u was słychać? Jakiś ty mizerny – słowa mieszały się

Słowa*
bodek napisał/a:
– Jedziemy do rodziny Jagody w Rogowie – rzeczowo wyjaśnił Jurek

wyjaśnił rzeczowo*
bodek napisał/a:
Jeszcze tylko, jedzenie i picie,

Moim zdaniem bez przecinka.
bodek napisał/a:
jakby te stare drewno

to*
bodek napisał/a:
Co jakiś czas stawał wbijał kosidło w ziemię.

przecinek po stawał* albo i*
bodek napisał/a:
Wprawnymi ruchami sierpa, zagarniała ścięte zboże.

chyba bez przecinka :)

Pozdrawiam i podziwiam pracę, jaką wkładasz w tę historię. Zdecydowanie poprawiłeś zapis dialogowy. Nie jestem asem w pisaniu, więc nie bierz sobie wszystkiego, co zauważyłam do serca, ale przemyśleć zawsze warto, nawet uwagi laika :]

Oczywiście czekam na dalszy ciąg opowiadania. Boguś jest fajny :)
_________________
Kiedy zamknę książkę, czasem otwierają się okna.

Monika Stocka
 
     
bodek 
Autor/ka zasłużony/a


"Wierszy miesiąca": 5
Pomógł: 1 raz
Wiek: 52
Dołączył: 18 Gru 2012
Posty: 2037
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2019-11-10, 17:29   

dzięki Gelso, pozdrawiam:)
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group