Złotą Pietruchę w temacie "List", zdobył wiersz Listy z listy autorstwa - echo

Wierszem Miesiąca III/2020 został utwór każdy ma swojego Titanica autorstwa - bodek

---------------------------------------------------------------------------------------------

Zapraszamy do głosowania na Wiersz Miesiąca IV/2020

Zapraszamy do anonimowego konkursu na wiersz tematyczny POSTAĆ

Zapraszamy do konkursu o Złotą Pietruchę w temacie WIRUS

punkrock i szeleszczące torebki

Tutaj wstawiamy teksty (nie wstawiamy obrazków). Mamy kilkanaście dni na ewentualne poprawki. Później tekst jest przenoszony do właściwego działu lub czeka dalej na wprowadzenie niezbędnych poprawek. Maksymalny czas na wniesienie zmian wynosi 1 miesiąc. Następnie, w przypadku braku poprawek, utwór jest przenoszony do archiwum, gdzie będzie przechowywany przez rok.
(Emotikony przy tytule, zarezerwowane są do utworów konkursowych. Czerwony oraz podobne kolory tekstu, są zarezerwowane na potrzeby redakcji.)


Moderator: Redakcja

Regulamin forum

Tutaj wstawiamy teksty (nie wstawiamy obrazków). Mamy kilkanaście dni na ewentualne poprawki. Później tekst jest przenoszony do właściwego działu lub czeka dalej na wprowadzenie niezbędnych poprawek. Maksymalny czas na wniesienie zmian wynosi 1 miesiąc. Następnie, w przypadku braku poprawek, utwór jest przenoszony do archiwum, gdzie będzie przechowywany przez rok.
(Emotikony przy tytule, zarezerwowane są do utworów konkursowych. Czerwony oraz podobne kolory tekstu, są zarezerwowane na potrzeby redakcji.)

ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
bodek
Autor/ka zasłużony/a
Posty: 2297
Rejestracja: 18 grudnia 2012, 15:42
Lokalizacja: Warszawa
Wierszy miesiąca: 6

punkrock i szeleszczące torebki

Post autor: bodek »

Powrót do szkoły był trudny. Rządy przejęli uczniowie z nowego osiedla. Ich rodzice byli ze średniej kadry kierowniczej, śmietanki towarzyskiej partii itp. Nosili modne ciuchy dostawali kieszonkowe i mieli chody u belfrów. Nikt z nowych go nie znał, starzy uczniowie trzymali się w swoich paczkach. Chciał nie chciał wrócił do swojej bandy straceńców. Szczurka przyuważył na murku przed wejściem do szatni.
– Siemka Baron! Synu marnotrawny, czyżbyś powrócił w pielesze? – zawołał do Bogusia.
– O! Jaśnie Pan Hrabia we własnej osobie! – Chłopiec przypomniał sobie ostatnio nadaną ksywkę.
– Gdzie reszta? Co słychać? – dopytywał chudzielca.
– Są w krainie szeleszczących torebek. A co słychać? Dużo trzeba by opowiadać, chodź – Hrabia pociągnął go w stronę wyjścia na Alejki.
Alejki były połączeniem dwóch osiedli i szkół. Centralnym punktem była Górka, zimowy raj dla młodszych i starszych dzieci. Reszta terenu to asfaltowe alejki i zieleń w różnych formach. Wszędzie rozstawiono ławeczki i kosze na śmieci. O dziwo wszyscy starali zachować to miejsce w czystości. Dzieci, młodzież a także wygrzewający na słońcu stare kości emeryci. Gdy doszli do największej kępy krzaków, Szczurek zagwizdał Legię, w odpowiedzi usłyszał taką samą melodię.
W krzakach ustawione były stojące przodem do siebie ławki. Siedzący na nich chłopcy oddychali powietrzem z torebek foliowych.
– Ale mnie łeb napierdala! I zwidy mam, widzę Barona– powiedział Książe i dla pewności uderzył się dłońmi raz w lewą raz w prawą skroń. Jakby chciał ustawić mózg do odpowiedniego stanu.
– Nic ci się nie przywidziało, to ja we własnej osobie – wyklarował Boguś.
– No to siadaj! I trzymaj – zaprosił Książe gościa, podając foliową torebkę.
Polano mu odmierzoną ilość butaprenu. Przyłożył torebkę do ust i zaczął wykonywać ruchy podpatrzone u kolegów. Początkowo nic się nie działo. Potem powietrze zmieszane z oparami kleju wlało się niczym wrzątek do płuc. Gdy tam zabrakło miejsca mieszanka uniosła opary do mózgu. Słońce zaczęło gasnąć i zapalać z dużą prędkością, aż eksplodowało. Obrazy nabrały intensywnych kolorów. Kontury osób i przedmiotów rozmyły się. Atmosfera rozrzedziła się. Boguś zaczął machać rękoma. Nawet nie okazał zdziwienia, że po chwili uniósł się ponad ławkę i oglądał kumpli z góry. Zaczęło mu się to podobać, gdy nagle zielona trawa zmieniła się w cuchnące bagno a ludzie na ławce wsplątane cielska jakichś oślizgłych stworów. Niebo zapłonęło czerwienią, słońce czarne jak węgiel zamiast grzać zmroziło okolicę. Jakieś macki złapały chłopca za nogi i zaczęły ściągać go na ziemię.
– I jak się szeleściło? – zapytał Książe.
– Sagan paruje, chyba wolę browarek. – Boguś nie chciał powtarzać wdychania kleju.
Następne tygodnie upływały na powolnej asymilacji chłopca w środowisku. Nie obeszło się oczywiście bez kilku utarczek i solówek. Ojciec na widok sińców, rozbitych warg i podbitych oczu robił mu Sajgon i trzepanie skóry. Andrzej stosował szlaban nagminnie. Jedynie na zbiórki ZHP i treningi zapasów na AWF, puszczał syna bez trudności. Ojca bardziej zajmowało pilnowanie dorastającej córki. Basia uczyła się w Liceum Ekonomicznym Dewajtis, była prymuską. Trenowała gimnastykę artystyczną i tańczyła w balecie. Ponieważ była córeczką tatusia, która została z nim po rozwodzie, rodzic roztoczył nad nią parasol ochronny. Wręcz można było uznać, że to nie była nawet krótka smycz, tylko obroża i kaganiec. Z jednej strony Boguś cieszył się, że miał więcej luzu, z drugiej żałował siostry.
Pewnego dnia, gdy siedzieli całą paczką w krzakach przy Alejkach podszedł do nich niespodziewany gość. Akurat większość była na fazie. Tylko Boguś sączył królewskie z baryłkowatej butelki. Wygolony chłopak stanął koło niego. Mimo młodego wieku miał już cynkwajs przy końcu powieki. Jego kocie ruchy i czujność ważki robiły wrażenie.
– Siemka! Czekałem aż te frajerstwo odpłynie, chciałem pogadać tylko z tobą.– powiedział.
– Słucham – burknął zdezorientowany chłopiec.
Nie przypominał sobie znajomości z tym gościem, nawet nie kojarzył jego facjaty. Ale instynkt kazał posłuchać co tamten ma do powiedzenia.
– Słyszałem, że jesteś sprytny i trzymasz kłapaczkę na wodzy – powiedział wyciągając rękę. – Przybij pionę i blatuj.
Gdy tylko dłoń Bogusia znalazła się w dłoni młodego gitowca, ten wyciągnął go poza krzaki. Dopiero gdy upewnił się, że nikt ich nie usłyszy, zaczął wyjawiać sprawę. On sam chodził, a raczej czasami bywał w szkole specjalnej. Ale jego brat uczył się w szkole Bogusia. Miał problemy z nauką a w tym roku nawet mogli go nie przepuścić do następnej klasy. K., bo tak kazał do siebie mówić, postanowił, że mu pomoże. Trochę nietypowo. Chciał zlecić Bogusiowi zniszczenie dziennika lekcyjnego. Nie wiadomo skąd dowiedział się o wspinaczkowych sukcesach rozmówcy. Wiedział o wchodzeniu po piorunochronie do każdego miejsca w szkole, nawet na trzecie piętro. Pokój nauczycielski był na pierwszym, więc to będzie pestka, tak przynajmniej stwierdził zleceniodawca.
– Ale ma to wyglądać na wypadek. Jakieś zalanie wodą ewentualnie mały pożar – zawyrokował wyrostek.
– Chyba mam wystarczająco dużo kłopotów i bez tego – próbował się wykręcić Boguś.
– Widzę, że chcesz mieć ich jeszcze więcej – powiało groźbą.
– Ok! Dawno tego nie robiłem muszę poćwiczyć – chłopiec chciał odciągnąć nieuniknione.
– Masz tydzień! – decyzja była ostateczna i kończyła temat.
Przez następne dni koledzy widzieli chłopca tylko w koronach drzew i na ścianach sali gimnastycznej. Wchodził i schodził, ćwiczył siłę rąk. Ocenił stan piorunochronu przy oknach pokoju nauczycielskiego. Szóstego dnia siedział ukryty na najwyższej gałęzi rozłożystego klonu przy parkanie szkoły. Obserwował ciecia sprzątającego chodnik przed szkołą. Chyba się już zmęczył machaniem miotłą, bo wszedł w krzaki, wyjął z kryjówki butelkę i pociągnął spory łyk. Patykiem pisane podziałało kojąco na mężczyznę. Schował wino do kieszeni roboczego fartucha i poczłapał do swojego kantorka. Boguś wiedział, że teraz ma jakąś godzinkę. Szybko obszedł szkołę. Wspiął się po starym kasztanowcu rosnącym przy sali gimnastycznej na łącznik z szatniami. Schylony pokonał dziesięć metrów po dachu pokrytym papą. Potem już tylko gruby drut piorunochronu i haki co dwa metry wbite w mur. To była najprostsza część wyprawy. Na pierwszym piętrze musiał przejść po wąskim gzymsie około sześciu metrów. No i jeszcze otworzenie lufcika. Na szczęście okna były stare, wystarczyło wiedzieć, gdzie popukać w drewniane elementy. Stary sposób nie zawiódł. Zdążył złapać jedną ręką za ościeżnicę okna a drugą opadający na parapet lufcik. Przecisnął swoje szczupłe ciało przez otwór i już był w pokoju nauczycielskim. Rozejrzał się. Przy jednej ze ścian stał regał. Było w nim wiele drzwiczek, szuflad itp. Jego zainteresowały przegródki, gdzie powsuwane były dzienniki szkolne wszystkich klas. Zaczął rozstawiać rekwizyty potrzebne do uwiarygodnienia przypadkowego zniszczenia dziennika. Na stoliku kawowym stał flakon z kwiatami. Przy stoliku były wygodne dwa fotele. Na jednym z nich chłopiec rozłożył wybrany dziennik. Już miał przewrócić flakon, żeby woda spłynęła ze stolika na fotel, gdy wątpliwości wstrzymały go w pół kroku.
Co ja kurwa robię. Przecież to droga bez wyjścia. Jeśli raz zblatuję się z dziaranymi to już nie ma odwrotu. Nie, nie ma bata, spadam stąd.
Boguś wgramolił się na parapet, okno zatrzasnął na dwustronny gwóźdź i sznurówkę. Potem po gzymsie na dach łącznika. Gdy zeskoczył z drzewa otoczyły go trzy cienie.
– No i jak? Zrobione!– zapytał jeden z nich.
– Mam nadzieję, że tak – odpowiedział.
– Jak to! Masz nadzieję? – najeżył się drugi cień.
– Przygotowałem inscenizację a resztę pozostawiłem przyrodzie – próbował się tłumaczyć.
– Jak my przygotujemy inscenizację i pozostawimy przyrodzie to już nikt cię nie rozpozna – zagroziły cienie.
Po chwili chłopiec został sam. Tylko szelest krzaków i odgłosy kroków w ciemności wskazywały na obecność obcych. Droga do domu wydawała mu się nieznośnie długa, ale chętnie poszedłby dalej. Tylko sam nie wiedział, gdzie mógłby teraz uciec. Wysłuchał potulnie bury od ojca i poszedł spać. Następne dni ukrywał się jak mógł, wracał codziennie inną drogą. Na niewiele się to zdało. Po dwóch tygodniach dorwali go. Trzech zaatakowało od przodu, jeden od tyłu. Poczuł uderzenie w czachę. Ocknął się z jakimś workiem na głowie. Ktoś zerwał mu go, jednocześnie uderzając pięścią w brzuch. Na ugiętych nogach stał wydziarany zleceniodawca.
– Czy ja nie wyraziłem się jasno? – zapytał i wyprowadził cios; raz, drugi, trzeci.
Po którymś uderzeniu Boguś obrzygał mu buty. Dostał za to fangę z plaskacza w twarz. Znów stracił świadomość.
Ktoś chlusnął mu wodą w twarz. Chłopiec półprzytomnie rozejrzał się wokoło. Byli w jakiejś piwnicy. Oprócz krzesła, na którym siedział był jeszcze stół i stara wersalka. Wszędzie walały się pety i puste butelki po winie. Przy małym okienku piwnicznym stało jeszcze dwóch dryblasów i jarało papierosy bez filtra. Obserwacje przerwał kopniak w drzwi. Huk i wióry. Potem już tylko krzyki i świsty białych lolek. Do pomieszczenia wparowało pięciu milicjantów. Nie bawili się w jakieś kontrole dokumentów czy inne pierdoły. To nie byli goście z prewencji. Szturmowcy spacyfikowali szybko dziarganych. Teraz wkroczyli wywiadowcy. Nie tego się spodziewali na tej melinie. Mieli cynk o paserach, dziupli doliniarzy. A tu paru łobuzów i pobity gnojek. Dobrze, że w następnych piwnicach pod inną klatką schodową znaleźli co chcieli. W dobrych humorach nie wnikali zbytnio w szczegóły. Karetka zabrała Bogusia do szpitala. Dziargańców upchnęli do suki i powieźli na komisariat. Lekarze w szpitalu Bielańskim obejrzeli chłopca, po czym zrobili rentgena. Zaordynowali środki przeciwbólowe i zostawili na obserwacji. Ojciec, który przyjechał do szpitala nie mógł nawet nakręcić awantury. Chłopiec chrapał aż się niosło po korytarzu.
– To przez stres i prochy – powiedziała mu pielęgniarka.
– Jutro go pan odbierze – rzuciła w biegu i skryła się do dyżurki.
Rano zamiast ojca, pierwszym kogo zobaczył Boguś był gliniarz czuwający przy jego łóżku. Czuwanie to raczej przenośnia, bo rozparty na krześle przedstawiciel władzy chrapał niemiłosiernie. Chłopiec zaczął rozmyślać nad tym, co powiedzieć milicji. Nie miał ochoty dokładać dziarganym kłopotów. Jemu by to nie pomogło a musiałby się długo oglądać za siebie. Postanowił ściemniać. Opowiedział bajkę jak to biegał wieczorem. Po ciemku nie zauważył dołka w zboczu górki i wywinął orła. Turlał się aż do podnóża, gdzie uderzył głową w kamień. Gdy się ocknął był już w piwnicy. Obcy chcieli wiedzieć, gdzie mieszka. Pewnie by go odprowadzili. No i wtedy wkroczyła milicja. Okazało się, że jednym z wywiadowców był funkcjonariusz, który w szkole próbował obezwładnić ojca.
– Dobra! Skoro tak mówi, to nie ma sensu dalej tego ciągnąć! – powiedział kolegom – Ten chłopak to same kłopoty – stwierdził.
– Tak mam na drugie – westchnął Boguś – Wersja dla ojca powinna brzmieć; chłopiec znalazł się w złym miejscu, w złym czasie.
Gdy ojciec przyszedł go odebrać ze szpitala, mundurowi odpowiedzieli na parę jego pytań. Andrzej coś tam fukał i prychał i jak zwykle wymachiwał swoją legitymacją. Jednak po dłuższej chwili, zabrał syna i pojechali do domu. W domu oczywiście bura i sznur od żelazka, szlaban na miesiąc. Normalka. Jeszcze tylko dzielnicowy nakazał cotygodniowe meldowanie się na komendzie. W następnym tygodniu, podczas oczekiwaniu na dzielnicowego poznał kolesia z zielono – czerwonym kogutem na głowie, Ubrany był w skórzaną kurtkę, obcisłe dżinsy. Na nogach miał glany. Wybijał palcami jakiś dziki rytm na siedzisku krzesła. Oczy miał zamknięte, przebywał w innej rzeczywistości. Boguś go nie zaczepiał, chciał tylko odbębnić wizytę i iść do domu. W otwartym brudnopisie kończył zapisywać „mroczne myśli”. Tak nazywał swoje poetyckie próby.
– Niezłe frazy. Parę gifów na basach, dużo łomotu na kotłach i będzie git – powiedział ten z kogutem, zerkając mu przez ramię na zeszyt .
– A tam takie myśli wiatrem potargane – Z zażenowaniem odparł młody autor.
– Cześć! Jestem Bargieł – przedstawił się punk.
– Baron! – zrewanżował się chłopiec.
W tym momencie drzwi otworzyły się i zwalisty mężczyzna w garniturze machnął w stronę chłopców.
– No chodź koguciku! – zawołał.
Po piętnastu minutach Bargieł wrócił z pokoju.
– Teraz ty! Jak masz ochotę spotkać, to gramy w sobotę w Domu Kultury Łomianki. – rzucił punk na pożegnanie.
Wizyta Bogusia też nie trwała długo. Pytania i odpowiedzi powtarzały się jak co tydzień. Widać było, że oficer do spraw nieletnich nie wczuwał się zbytnio w swoją pracę. Od tak, odbębnić co swoje i już.
W domu już go oczekiwano. Andrzej z córką siedzieli przy ławie i popijali herbatę.
– Siadaj! Muszę wam coś powiedzieć – oznajmił ojciec – Jak wiecie, rozstaliśmy się z waszą matką. Przeprowadziliśmy rozwód. Sąd przyznał mi opiekę nad wami. Zgodziłem się na wasze wizyty u Adeli w niedziele i święta, oraz część wakacji. – mówił bez emocji, jakby odczytywał postulaty egzekutywy.
– Tu macie zaproszenie na wesele matki, będzie za dwa tygodnie – zakończył rozmowę.
Rodzeństwo do późnych godzin nocnych dyskutowała w małym pokoiku o tym czy iść na tą imprezę. W końcu uradzili, że Boguś pójdzie złożyć życzenia.
Następny tydzień szybko minął chłopcu. Wszystko szło zgodnie ze schematami. Szkoła, obiad na stołówce, potem odrabianie pracy domowej. Po kontroli zeszytów przez ojca, wyjście na podwórko. W sobotę chłopiec powiedział ojcu, że idzie się uczyć do klasówki u kumpla. Chyba za bardzo mu nie uwierzył, ale pozwolił. Boguś wsiadł do autobusu podmiejskiego odjeżdżającego z pl. Komuny Paryskiej. Nigdy przedtem nie był w Łomiankach. Z tego co wiedział mieszkali tam badylarze i rzemieślnicy. Tak zwana wyższa półka. Przy Domu Kultury kręciło się już dużo młodzieży. Było słychać muzykę. Chyba trwały jeszcze próby. Chłopiec bez trudu znalazł znajomego z komendy policji.
– No siemka! Udało ci się wyrwać? – ucieszył się Bargieł.
– Chodź posłuchasz, jak wykorzystałem kawałek twojego tekstu, na który zerknąłem – zaprosił Bogusia.
Dziewczyny oblegające młodych artystów ożywiły się.
– A oprócz mrocznych, piszesz też o miłości? – pytały nieletnie madonny kokietując chłopca.
Jak to dobrze pomyślał chłopiec, że wziąłem drugi zeszyt. Zawierał on listy pełne młodzieńczych uniesień. Wszystko w towarzystwie księżyca, tajemnych spotkań i pocałunków. Taka szczeniacka miłość zapisana w myślach.
– Tak! Oczywiście, chcesz poczytać te starsze czy poczekasz aż napiszę dla ciebie? – zapytał.
Dziewczyna spłonęła rumieńcem. Koleżanki zaczęły chichotać. Niby nabijały się z dziewczyny, ale już dopraszały się o uwagę chłopca. Boguś poczuł się kimś ważnym i chciał, żeby to trwało. No i stało się: teraz co sobota jeździł na różne imprezy. Był rozpoznawany przez ludzi. Kompensowało mu to braki normalnego życia w domu.
Nadszedł dzień wesela Adeli z Ryśkiem. Boguś ubrał się odświętnie. Ojciec pozwolił mu nawet zanocować u matki. Wśród gości nie było rodziny, tylko znajomi z pracy „młodej pary”. Impreza odbyła się w knajpie. Było na bogato. Wyżerka i alkohole z wyższej półki. Na stole przed chłopcem oprócz zwykłych napoi stał szampan i wino. Usiadły z nim jakieś wysztafirowane czterdziestki. Kokietowały go i co rusz polewały procenty. Po godzinie był bardzo wesoły i nie przeszkadzało mu, że całują go i przytulają. Przebudził się w obcym mieszkaniu. W drugim pokoju trwała dalsza część wesela. Coraz bardziej ochrypłe głosy przebijały się przez piosenki grane z płyt na Bambino. Do pokoju weszła matka. Przykryła udającego sen syna i wróciła do gości. Rano chłopiec zjadł śniadanie, po czym dostał zapakowane ciasta i słodycze z wesela. Na odchodnym Rysiu zawołał go do stołu. Siedzieli już tam goście ucztujący na poprawinach. Wielkopańskim gestem wręczył mu dziesięć dolarów. Boguś nie wiedział, jak zareagować. Wziąć i podziękować czy odwrócić się na pięcie i wyjść. Uznał jednak, że nawet jakby napluł mu w twarz to i tak nic by to nie dało. A niech gra sobie przykładnego ojczyma, kasa się przyda a co o nim myśli to już inna sprawa. Adela odprowadzając go do drzwi, wsunęła mu do ręki pieniądze.
– To kieszonkowe, postaraj się nas odwiedzać – poprosiła.
– Czyli co, na dochodne jestem cacy?! – zawołał, odwrócił się i nie czekając na odpowiedź wyszedł.
Jego harmonogram na najbliższy czas wyglądał następująco: od poniedziałku do piątku szkoła, wieczorem co najwyżej podwórko z kumplami. Natomiast sobota i niedziela całe dni u matki. W weekendowe wieczory melanże z muzykami, a raczej z panienkami.
Trwało to aż do pewnego grudniowego poranka 1981 roku. W telewizji były najpierw same szumy a potem generał w ciemnych okularach czytał z kartki dziwne rzeczy. Pierwszy raz widział taki wyraz twarzy u ojca. Kazał mu iść do swojego pokoju. Sam zamknął się z butelką wódki i upił się na milcząco. Boguś wyrwał się na chwilę z domu. Ale doszedł tylko do rogu Żeromskiego i Podczaszyńskiego. Naprzeciw komendy stał koksownik i grzało się przy nim trzech żołnierzy uzbrojonych w kałachy. Dalej przy PKS Marymont stał Bojowy Wóz Piechoty.
– Zmiataj do domu gówniarzu! Nie łaź bez potrzeby po ulicy! – krzyknął jeden z mundurowych.
Chłopcu nie trzeba było dwa razy powtarzać. Szybko wrócił na podwórko pod dom. Obok garaży, zatrzymał się przy rozmawiających dorosłych. Jednego nie znał, ale drugim był sąsiad z następnej klatki.
– Słyszał pan? Internowali całą wierchuszkę Solidarności. Ruskie stoją czołgami pod granicą – szepnął sąsiad.
– A ty co podsłuchujesz? – mężczyźni zauważyli chłopca.
– Spadaj czerwony pomiocie, a poskarż ojcu to nogi z dupy powyrywam – krzyknął sąsiad.
Boguś nie czekał na dalszy ciąg wymysłów, tylko zmykał na górę po schodach. Nie widział powodu, żeby tłumaczyć dorosłym, że nie obchodzi go ich zafajdany świat.
Usiadł w swoim pokoju i włączył cicho muzykę. Ze skrytki za kaloryferem wyjął zeszyt z wierszami. Czytając pozwolił tekstom zawładnąć sobą. Mrokowi który przelewał się w jego duszy. Zapadł się w sobie. Było mu wszystko jedno. Nie oczekiwał już od życia nic dobrego. Czy u ojca, czy u matki, był piątym kołem u wozu. Przez głowę przemykały różne myśli. Otarły się nawet o śmierć. Lecz bunt przeciw wszystkiemu i wszystkim był silniejszy. Będę ponad to, zagram z życiem tym co mam, całym sobą. Zasnął znużony. Obudził go dopiero podchmielony ojciec.
– Wzywają mnie do Huty, nie wiem o której wrócę – wybełkotał – Acha i do szkoły jutro nie idziesz, macie wcześniejsze ferie zimowe.
Dziwne to były ferie. Nigdzie nie wolno mu było wychodzić. Zresztą nie za bardzo było, gdzie. Wszystko pozamykane, imprezy odwołane. W sklepach pustki. Wprowadzone zostały kartki na żywność a nawet na niektóre produkty odzieżowe. Boguś musiał stać w kolejkach. Niektóre były kilkudniowe. Komitety kolejkowe, zapisy na listach. Ojciec wyjeżdżał gdzieś poza Warszawę po różne zakupy. Przywoził z Radomia wybrakowane papierosy, niektóre miały nawet po pięćdziesiąt centymetrów długości. Kiedyś przywiózł cały worek tytoniu i maszynkę do kręcenia papierosów a w fiacie maluchu całego (sto dwadzieścia kilo) kabana. Przywoził również ziemniaki, cebulę i czosnek. No i dzięki swoim koneksjom, mimo że nie wolno było opuszczać miejsca stałego zameldowania, przywiózł babcię Kazię. Miała się zająć chłopcem i domem. Ale kobiecina nie lubiła miasta ani tego co się w nim działo, więc jak tylko nastała wiosna, kazała się odwieźć. Zresztą sytuacja trochę się ustabilizowała. Zaopatrzenie kulało, ale resztę odmrożono. Zabraniano zgromadzeń. Chłopiec miał nadzieję, że wróci czas koncertów. Dwudziestego piątego kwietnia pojechał na Plac Komuny Paryskiej, gdzie w parku spotykały się „dzieci śmieci”. Zamiast znajomych zobaczył tylko wzmożone patrole milicji i ZOMO. Postanowił jeszcze zlustrować okolice kina Wisła, gdzie znajdowała się kawiarenka „Agatka”. Tam spotkał Bargieła.
– Siemka! Co się tak sam snujesz? – powitał go punk.
– Wszystkich gdzieś wcięło! – odpowiedział chłopiec.
Przyjrzał się koledze. Gdzieś zniknął kolorowy kogut. Ubiór też był inny. Na koszulce zamiast wizerunku czaszki z pióropuszem widniały teraz skośne biało – czarne pasy.
– Co się tak lampisz? Czasy się zmieniają, ludzie też – Bargieł zaczął się zbierać do wyjścia.
– Jak chcesz idę do kościoła, dzisiaj modlitwę za ojczyznę poprowadzi ksiądz Jerzy Popiełuszko. – rzucił na odchodnym.
Boguś podążył za nim do kościoła św., Stanisława Kostki. Tam już były tłumy. Powiewały sztandary „Solidarności”. Młody szczupły ksiądz z charyzmą odprawiał mszę. Nie była to zwykła msza. Był to raczej oratorium patriotyzmu. Wyszedł nabuzowany. Nie wiedział, że nie wolno samemu kręcić się w okolicach kościoła. Dobrze, że zadziałał instynkt samozachowawczy. Zomowiec zdążył tylko sięgnąć go końcówką pałki szturmowej. A i tak poczuł jakby przyklejono mu do pleców rozżarzony węgiel. Przydały się treningi lekkoatletyki. Wystrzelił jak z procy. Zatrzymał się dopiero przy Hali Marymonckiej. Nikt go nie gonił, pałownicy czaili się na następnych. Oczywiście ojcu nie pochwalił się czemu taki wyprostowany chodzi. Mimo strachu postanowił, że będzie chodził na msze do księdza Jerzego. Potem zakwitły kasztany, zazielenił się świat. Mimo wszystko trzeba było skończyć naukę w podstawówce i wybrać dalszą drogę. Przy swoich stopniach Bogdan nie miał zbyt wielkiego wyboru. Mama z Rysiem proponowali, żeby poszedł na cukiernika, ojciec chciał, żeby kontynuował tradycje rodzinne. Ostatecznie papiery złożono na Hożej do szkoły o kierunku piekarz – cukiernik. Potem były wakacje. Jak zwykle u dziadków na wsi. Nie narzekał, lubił tam przebywać. Dziadkowie opadli jeszcze bardziej z sił, wujaszek pił coraz więcej. Ciotka zajmowała się trójką dzieci. Chociaż w sumie tylko najmniejszą Mariolą, Aldona z Wiesią zajmowały się same sobą. Oprócz pomagania w pracach rolnych miał sporo czasu na wieczorne wyprawy na wieś. Poznał sporo rówieśników. Chodzili na zabawy, dzierżawę, do lasu i parku w Krasnem. Wszyscy wiedzieli, gdzie można dostać alkohol i gdzie go skonsumować. Bimberek robiono tu zacny. Milicja raczej nie przeszkadzała w produkcji. Od czasu do czasu pobierała tylko haracz w płynie. O jedzenie Boguś nie musiał się martwić, większość mieszkańców okolic była jego rodziną, dalszą lub bliższą. Każdy chciał go ugościć, a gdy pomógł jeszcze w polu, to nie chcieli go puścić. Dwa miesiące minęły jak z bicza strzelił. Powrót nie cieszył go w ogóle. A gdy okazało się, że ojciec wykorzystując swoje znajomości przeniósł jego papiery do szkoły mechanicznej był zdruzgotany. Nie było nawet szans tego odkręcić. Od września zaczął naukę na ul Generała Zajączka. Nie było nic w tym trudnego, tylko chęci zabrakło. Przedmioty zawodowe i praktyczna nauka zawodu nie nastręczały mu problemów. Miał do tego smykałkę. Trasowanie młotka na kęsisku metalu, cięcie piłką skosu i wiercenie otworu na trzonek. No i te wszystkie powierzchnie, kąty i wymiary co do mm. Po szkole wracał przez Plac Komuny Paryskiej. Całą paczką zaglądali do kawiarni Habana w Hali Merkury. Była tam szafa grająca i kelnerki, które nie zwracały uwagi na wiek tylko na zasobność kieszeni. Mając kieszonkowe od matki i pieniądze z praktyk, mógł sobie pozwolić na małe co nieco. Życie trwało. Boguś stał się Bogdanem. Zaczął nabierać masy i siły. Nie był już najniższy w klasie. Nikt nie zaczepiał go bezmyślnie - liczono się z ewentualnymi konsekwencjami.

Ostatnio zmieniony 22 maja 2020, 19:24 przez bodek, łącznie zmieniany 4 razy.
Awatar użytkownika
tcz
Autor/ka z pewnym stażem...
Posty: 1067
Rejestracja: 30 maja 2018, 22:34
Lokalizacja: Dolny Śląsk
Brązowych Pietruch: 1

Re: punkrock i szeleszczące torebki

Post autor: tcz »

Imponuje mi postawa Bogusia - boso ale w ostrogach.

Pozdrawiam. :)

Tadeusz

Awatar użytkownika
bodek
Autor/ka zasłużony/a
Posty: 2297
Rejestracja: 18 grudnia 2012, 15:42
Lokalizacja: Warszawa
Wierszy miesiąca: 6

Re: punkrock i szeleszczące torebki

Post autor: bodek »

miło mi, dzięki i pozdrawiam:)

Awatar użytkownika
Z. Antolski
Autor/ka wielce zasłużony/a
Posty: 6133
Rejestracja: 26 stycznia 2013, 10:13
Lokalizacja: Kielce
Złotych Pietruch: 1
Srebrnych Pietruch: 2
Brązowych Pietruch: 3
Tematyczny Konkurs na Wiersz: 1
Kryształowych Dyń: 1
Wierszy miesiąca: 9
Najlepsza proza: 19
Najciekawsza publicystyka: 6

Re: punkrock i szeleszczące torebki

Post autor: Z. Antolski »

Rewelacja!!! Czyta się jednym tchem :)

Awatar użytkownika
bodek
Autor/ka zasłużony/a
Posty: 2297
Rejestracja: 18 grudnia 2012, 15:42
Lokalizacja: Warszawa
Wierszy miesiąca: 6

Re: punkrock i szeleszczące torebki

Post autor: bodek »

miło mi A.Z., dziękuję i pozdrawiam:)

zakapioka
Autor/ka
Posty: 48
Rejestracja: 15 kwietnia 2020, 19:29
Lokalizacja: Wolfenbüttel

Re: punkrock i szeleszczące torebki

Post autor: zakapioka »

Ciekawa historyjka, Bodek!
Niestety zbyt dużo błędów zarówno pisowni, jak i interpunkcji. Również spore braki w poprawnej konstrukcji dialogów.
Dzisiaj tylko krótko (nie mam w tej chwili czasu na dłuższe rozważania) o błędach interpunkcji:
naliczyłem ich grubo ponad... 50!
Jutro bądź pojutrze dalszy ciąg- drżyj- moich utyskiwać nad Twoim utworem.
Proszę, nie bierz poniższej konkluzji za złośliwość z mojej strony: żadne jury w żadnym
konkursie nie dopuściłoby Twojego interesującego poniekąd opowiadania do „podium“.
Jurorom nie pozwoliłoby na to monstrualne nagromadzenie błędów językowych w
„Punkrock i szeleszczące torebki“.
A szkoda, bo temat jest naprawdę interesujący, a dzisiaj wręcz historyczny.
Dobrze pamiętam te czasy!

Awatar użytkownika
bodek
Autor/ka zasłużony/a
Posty: 2297
Rejestracja: 18 grudnia 2012, 15:42
Lokalizacja: Warszawa
Wierszy miesiąca: 6

Re: punkrock i szeleszczące torebki

Post autor: bodek »

temat wrzucony na gorąco, będzie redagowany. pozdrawiam:)

ps. na żadne konkursy nie wysyłam

zakapioka
Autor/ka
Posty: 48
Rejestracja: 15 kwietnia 2020, 19:29
Lokalizacja: Wolfenbüttel

Re: punkrock i szeleszczące torebki

Post autor: zakapioka »

Ok, Bodek! Jeśli to było "na brudno", to wstrzymam się z dalszymi uwagami!

Awatar użytkownika
bodek
Autor/ka zasłużony/a
Posty: 2297
Rejestracja: 18 grudnia 2012, 15:42
Lokalizacja: Warszawa
Wierszy miesiąca: 6

Re: punkrock i szeleszczące torebki

Post autor: bodek »

tnij waść, wstydu oszczędź :)

Awatar użytkownika
elafel
Młodszy administrator
Posty: 14840
Rejestracja: 16 listopada 2007, 20:56
Lokalizacja: Poznań
Złotych Pietruch: 10
Srebrnych Pietruch: 12
Brązowych Pietruch: 11
Tematyczny Konkurs na Wiersz: 1
Kryształowych Dyń: 2
Wierszy miesiąca: 13
Najlepsza proza: 7
Najciekawsza publicystyka: 1

Re: punkrock i szeleszczące torebki

Post autor: elafel »

Skoro jeszcze będziesz nad nim pracować, to nie będę się wymądrzać. Tematycznie ciekawie.
Wrócę po poprawkach. Pozdrawiam.

Ela

Awatar użytkownika
bodek
Autor/ka zasłużony/a
Posty: 2297
Rejestracja: 18 grudnia 2012, 15:42
Lokalizacja: Warszawa
Wierszy miesiąca: 6

Re: punkrock i szeleszczące torebki

Post autor: bodek »

dzięki zakapioka, poprawiłem. pozdrawiam:)

zakapioka
Autor/ka
Posty: 48
Rejestracja: 15 kwietnia 2020, 19:29
Lokalizacja: Wolfenbüttel

Re: punkrock i szeleszczące torebki

Post autor: zakapioka »

Teraz wygląda to już trochę lepiej, ale ciągle jeszcze jest dużo usterek.
A w związku z tym, że wziąłem Twój tekst na tapetę, Bodek, to konsekwentnie i
do końca.
Przy okazji: poniższe 41 przykładów może być rodzajem egzaminu dla tych, którzy chcą sprawdzić swoją znajomość zasad interpunkcji- wskażcie miejsca, gdzie powinno się postawić (bądź nie) przecinek lub kropkę.
Ponieważ stałe wytykanie, gdzie brak znaku przestankowego jest nużące, wstawiłem- jako swoisty test- listę zdań, w których konieczna jest kropka bądź przecinek albo gdzie są one zbędne:
1) – Nic ci się nie zwija to ja we własnej osobie – wyklarował Boguś.
2) Wręcz można było uznać, że to nie była nawet krótka smycz tylko obroża i kaganiec.
3) Miał problemy z nauką a w tym roku nawet mogli go nie przepuścić do następnej klasy.
4) – Siemka! Czekałem aż te frajerstwo odpłynie – powiedział – chciałem pogadać tylko z tobą.
5) Ale instynkt kazał posłuchać co tamten ma do powiedzenia.
6) Jakieś zalanie wodą ewentualnie mały pożar – zawyrokował wyrostek.
7) Ok! Dawno tego nie robiłem muszę poćwiczyć – chłopiec chciał odciągnąć nieuniknione.
8) Zdążył złapać jedną ręką za ościeżnicę okna a drugą opadający na parapet lufcik. 
9) Jeśli raz zblatuję się z dziaranymi to już nie ma odwrotu.
10) Gdy zeskoczył z drzewa otoczyły go trzy cienie.
11) – Przygotowałem inscenizację a resztę pozostawiłem przyrodzie – próbował się tłumaczyć.
12) – Jak my przygotujemy inscenizację i pozostawimy przyrodzie to już nikt cię nie rozpozna – zagroziły cienie.
13) Dobrze, że w następnych piwnicach pod inną klatką schodową znaleźli co chcieli.
14) W dobrych humorach nie wnikali zbytnio w szczegóły. 
15) Ojciec, który przyjechał do szpitala nie mógł nawet nakręcić awantury.
16) Chłopiec chrapał aż się niosło po korytarzu.
17) Jemu by to nie pomogło a musiałby się długo oglądać za siebie.
18) Opowiedział bajkę jak to biegał wieczorem. 
19) Gdy się ocknął był już w piwnicy.
20) – Dobra! Skoro tak mówi, to nie ma sensu dalej tego ciągnąć! – powiedział kolegom – Ten chłopak to same kłopoty – stwierdził.
21) Z tego co wiedział mieszkali tam badylarze i rzemieślnicy.
22) – A oprócz mrocznych, piszesz też o miłości? – pytały nieletnie madonny kokietując chłopca.
23) Jak to dobrze pomyślał chłopiec, że wziąłem drugi zeszyt.
24) – Tak! Oczywiście, chcesz poczytać te starsze czy poczekasz aż napiszę dla ciebie? – zapytał.
25) Wziąć i podziękować czy odwrócić się na pięcie i wyjść.
26) A niech gra sobie przykładnego ojczyma, kasa się przyda a co o nim myśli to już inna sprawa.
27) W telewizji były najpierw same szumy a potem generał w ciemnych okularach czytał z kartki dziwne rzeczy.
28) Będę ponad to, zagram z życiem tym co mam, całym sobą.
29) – Wzywają mnie do Huty, nie wiem o której wrócę – wybełkotał – Acha i do szkoły jutro nie idziesz, macie wcześniejsze ferie zimowe.
30) Zresztą nie za bardzo było, gdzie.
31) Wprowadzone zostały kartki na żywność a nawet na niektóre produkty odzieżowe.
32) Kiedyś przywiózł cały worek tytoniu i maszynkę do kręcenia papierosów a w fiacie maluchu całego (sto dwadzieścia kilo) kabana.
33) Ale kobiecina nie lubiła miasta ani tego co się w nim działo, więc jak tylko nastała wiosna, kazała się odwieźć.
34) – Co się tak lampisz? Czasy się zmieniają, ludzie też – Bargieł zaczął się zbierać do wyjścia.
35) – Jak chcesz idę do kościoła, dzisiaj modlitwę za ojczyznę poprowadzi ksiądz Jerzy Popiełuszko. – rzucił na odchodnym.
36) Boguś podążył za nim do kościoła św., Stanisława Kostki.
37) A i tak poczuł jakby przyklejono mu do pleców rozżarzony węgiel.
38) Oczywiście ojcu nie pochwalił się czemu taki wyprostowany chodzi.
39) A gdy okazało się, że ojciec wykorzystując swoje znajomości przeniósł jego papiery do szkoły mechanicznej był zdruzgotany. 
40) Od września zaczął naukę na ul Generała Zajączka. 
41) Była tam szafa grająca i kelnerki, które nie zwracały uwagi na wiek tylko na zasobność kieszeni.

I inne błędy pisowni:
*
Zaczęło mu się to podobać, gdy nagle zielona trawa zmieniła się w cuchnące bagno a na ławce zamiast ludzi splątane cielska jakichś oślizgłych stworów.
(brzydko sformułowane- przeredagowałbym to tak: "Zaczęło mu się to podobać, gdy nagle zielona trawa zmieniła się w cuchnące bagno, a ludzie na ławce w splątane cielska jakichś oślizgłych stworów.")
*
– Sagan paruje, chyba wolę browarek – Boguś nie chciał powtarzać wdychania kleju.
(Dialog zamyka się kropką wtedy, gdy narracja nie odnosi się do wypowiedzi bohatera.
Przykład z kropką zamykającą wypowiedź:
– Dobranoc. – Otworzył drzwi i wyszedł.
Dlatego powinno być:– Sagan paruje, chyba wolę browarek. – Boguś nie chciał powtarzać wdychania kleju.)
*
Mimo że to ona była córeczką tatusia, która została z nim po rozwodzie a może właśnie dlatego ojciec roztoczył nad nią parasol ochronny.
(brzmi źle przez niewykorzystane odpowiedniej interpunkcji, prościej i bardziej zrozumiale:
Ponieważ była córeczką tatusia, która została z nim po rozwodzie, rodziciel roztoczył nad nią parasol ochronny.)
*
– Słyszałem, że jesteś sprytny i trzymasz kłapaczkę na wodzy – powiedział wyciągając rękę – przybij pionę i blatuj.
(zła konstrukcja dialogu, prawidłowo będzie: – Słyszałem, że jesteś sprytny i trzymasz kłapaczkę na wodzy – powiedział wyciągając rękę. – Przybij pionę i blatuj.)
*
Dopiero gdy upewnił się, że nikt ich nie usłyszy. Zaczął wyjawiać sprawę.
(zupełnie źle; poprawnie będzie: Dopiero gdy upewnił się, że nikt ich nie usłyszy, zaczął wyjawiać sprawę.
*
Chciał zlecić chłopcu zniszczenie dziennika lekcyjnego.
(w tym przypadku lepiej zamiast „chłopcu” dać „Bogusiowi”- w przeciwnym razie czytelnik może błędnie przyjąć, że mowa o bracie K.)
*
– Masz tydzień! – Decyzja była ostateczna i kończyła temat.
(decyzja od małej litery)
*
Chyba się już zmęczył machaniem miotłą, bo wszedł w krzaki i wyjął z kryjówki butelkę i pociągnął spory łyk.
(przeredagować na:”Chyba się już zmęczył machaniem miotłą, bo wszedł w krzaki, wyjął z kryjówki butelkę i pociągnął spory łyk.”)
*
Na niewiele mu się to zdało.
(„mu” jest tutaj zbędne)
*
Po dwóch tygodniach dorwali go. Trzech zaatakowało go od przodu, jeden zaszedł od tyłu.
(dla uniknięcia niezdrowej językowo powtarzalności „go” dałbym: Po dwóch tygodniach dorwali go.Trzech zaatakowało od przodu, jeden od tyłu.)
*
Ocknął się z jakimś workiem na głowie. Ktoś zerwał mu go z głowy i jednocześnie uderzył pięścią w brzuch.
(znowu ta niemiła dla zmysłu czytelniczego powtarzalność – tym razem „głowy”; czemu nie: Ocknął się z jakimś workiem na głowie. Ktoś ściągnął mu go, jednocześnie uderzając pięścią w brzuch.)
*
– Jutro go Pan odbierze – rzuciła w biegu i skryła się do dyżurki.
(„pan” od małej litery)
*
Rano zamiast ojca, Boguś pierwszym kogo zobaczył gliniarza czuwającego przy jego łóżku.
(bez sensu- przeredagować)
*
– Tak mam na drugie – westchnął Boguś – Wersja dla ojca powinna brzmieć; chłopiec znalazł się w złym miejscu, w złym czasie nie chcąco. – Proszący wzrok rozbroił gliniarzy.
(tutaj jest więcej błędów, łącznie z ortograficznym)
*
W następnym tygodniu, podczas oczekiwaniu na dzielnicowego poznał kolesia z zielono – czerwonym kogutem na głowie, (1 literówka, a na końcu zdania nie może być przecinek)
*
Ubrany był w skórzaną kurtkę, obcisłe dżinsy, na nogach glany.
(lepiej: Ubrany był w skórzaną kurtkę i obcisłe dżinsy. Na nogach miał glany.
*
– Niezłe frazy. Parę gifów na basach, dużo łomotu na kotłach i będzie git – Powiedział ten z kogutem, zerkając mu przez ramię na zeszyt.
(Źle, ma być: – Niezłe frazy. Parę gifów na basach, dużo łomotu na kotłach i będzie git – powiedział ten z kogutem, zerkając mu przez ramię na zeszyt.
*
– A tam takie myśli wiatrem potargane – Z zażenowaniem odparł młody autor.
( „Z” od małej litery)
*
– Teraz ty! Jak masz ochotę to gramy w sobotę w Domu Kultury Łomianki, cześć. – rzucił punk na pożegnanie.
(dwa błędy)
*
– Siadaj! Muszę wam coś powiedzieć – oznajmił ojciec – Jak wiecie, rozstaliśmy się z waszą matką. Przeprowadziliśmy rozwód. Sąd przyznał mi opiekę nad wami. Zgodziłem się na wasze wizyty u Adeli w niedziele i święta oraz część wakacji. – mówił bez emocji, jakby odczytywał postulaty egzekutywy.
(dwa błędy)
*
Rodzeństwo do późnych godzin nocnych dyskutowała w małym pokoiku o tym czy iść na tą imprezę.
(dwa błędy)
*
Wśród gości nie było rodziny, tylko znajomi z pracy „młodej pary”.
(„młodej pary” jest w cudzysłowie- dlaczego?)
*
– Czyli co, na dochodne jestem cacy?! – Zapytał, odwrócił się i nie czekając na odpowiedź wyszedł.
(„zapytał” od małej litery; i dałbym- w związku z wykrzyknikiem- „zawołał”)
*
– Zmiataj do domu gówniarzu! Nie łaź bez potrzeby po ulicy – krzyknął jeden z mundurowych.
(ponieważ krzyczał, po „ulicy” również dałbym wykrzyknik)
*
Obok garażach zatrzymał się przy rozmawiających dorosłych. 
(powinno być„garaży” albo „garażu” i przecinek)
*
– Słyszał pan? Internowali całą wierchuszkę Solidarności. Ruskie stoją czołgami pod granicą – Szepnął sąsiad.
(„szepnął” małą literą)
*
Ze skrytki za kaloryferem wyjął zeszyt z wierszami i pozwolił zawładnąć siebie mrokowi, który przelewał się w jego duszy.
(nie lepiej „zawładnąć sobą”?)
*
Otarły się nawet o odejściu na drugą stronę księżyca.
(bez sensu- przeredagować)
*
… mimo że nie wolno było przemieszczać z miejsca stałego zameldowania…
(„się” jest tutaj niezbędne- albo użyć /bez „się”/ „opuszczać”) 
*
Dziadkowi opadli jeszcze bardziej z sił, wujaszek pił coraz więcej.
(chyba „dziadkowie”?)
*
Oprócz pomaganiu w pracach rolnych miał sporo czasu na wieczorne wyprawy na wieś.
(literówka i błąd interpunkcji)
*
Nie było nic w tym trudnego, tylko chęci było brakło.
(galimatias)
*
Nikt nie zaczepiał go bezmyślnie, licząc się z ewentualnymi konsekwencjami.
(nie ma tu błędu, ale sformułowałbym to tak:
Nikt już nie zaczepiał go bezmyślnie- liczono się z ewentualnymi konsekwencjami.

Awatar użytkownika
bodek
Autor/ka zasłużony/a
Posty: 2297
Rejestracja: 18 grudnia 2012, 15:42
Lokalizacja: Warszawa
Wierszy miesiąca: 6

Re: punkrock i szeleszczące torebki

Post autor: bodek »

dzięki, trochę poprawiłem:)

ODPOWIEDZ